Cornelius uniósł brwi nieco wyżej, niż zamierzał, gdy usłyszał odpowiedź Millie, krótką, może zbyt nonszalancką, ale wypowiedzianą z tym typem pewności, którego nie dało się nauczyć ani od którego nie można się było odzwyczaić, chyba, patrząc na nią. W jej głosie nie było prowokacji, raczej pewna prostolinijność, która, o dziwo, znowu chyba, chwilowo przestała go razić. Czas łagodził obyczaje, a może po prostu sam Lestrange zdążył się zestarzeć na tyle, by nie chcieć strzępić sobie języka. Możliwe, że nawet w duchu przyznał, że Moody miała pewien urok, nieokrzesany, ale autentyczny, przypominający mu ludzi, których życie jeszcze nie złamało do końca, chociaż na pewno próbowało to zrobić. Trudno mu było określić, czy mówiła poważnie, czy jedynie bawiła się jego reakcją, ale to drobne uniesienie brwi wystarczyło, by pokazać, że zdołała go, choć na moment, wypełnić pobłażliwym rozbawieniem. Nie zdegustować, nie urazić, po prostu leciutko rozbawić. Świadkowa Geraldine była niepoprawna w każdym geście, w każdej zbyt swobodnej sylabie, a mimo to miała w sobie coś odświeżającego, jak niespodziewany, mocny i chaotyczny powiew powietrza, który rozwiewał gęsty, popożarowy dym wiszący stagnacyjnie w dusznym pomieszczeniu. Na dłuższą metę na pewno był w stanie zirytować i przeziębić, ale chwilowo był całkiem… Odświeżający i potrzebny. Corio nie zdążył jednak skomentować jej odpowiedzi, bo w tym właśnie momencie ich rozmowę przerwał znajomy głos.
Ambroise dołączył do nich z tą niewymuszenie nieprzejętą postawą, która zdawała się być jego nieodłączną cechą od czasów szkolnych, krok przyjaciela Corio był spokojny, lecz spojrzenie czujne, Roise wyglądał jak człowiek, który dokładnie wiedział, że dziś wszystko obracało się wokół niego, a który potrafił tę świadomość dźwigać z godnością. Potem wszystko potoczyło się ustalonym rytmem, tak jak powinno, i rozległ się pierwszy z wystrzałów. Ten dźwięk był dla niego sygnałem do przejścia w stan pełnej gotowości. Ustawili się zgodnie z ustalonym porządkiem, a chwilę później również całe zebrane towarzystwo zaczęło się wyciszać i wstawać, synchronicznie, jak jeden żywy mechanizm, zaskakująco sprawnie jak na arystokratyczne zgromadzenie. Melodia harfy uniosła się pośród zgromadzonych, gwar przycichł, dźwięki melodii zadrżały w chłodnym powietrzu, a wiatr poniósł je pośród drzew. Lestrange wzrok skierował w dół alejki, w stronę, z której miała nadejść panna młoda.
Na tle chłodnego, zachmurzonego nieba pojawiła się sylwetka Geraldine, prowadzona przez ojca, natomiast tenże ojciec Geraldine, idący obok, prezentował się… Cóż, zupełnie inaczej niż jego córka. Kroczył tuż obok niej, dumny jak paw, w tradycyjnym stroju łowieckim, z czapką ozdobioną piórami, które falowały przy każdym kroku. Lestrange nie mógł się powstrzymać, by nie unieść lekko kącika ust. W tym całym obrazie idealnej ceremonii, Gerard Yaxley wyglądał jak ktoś, kto przyszedł nie na ślub, lecz na polowanie i to z zamiarem symbolicznego upolowania zięcia.
Przyjaciółka Corneliusa była opanowana, idąc spokojnie, dziś wydawała mu się… Inna, naprawdę inna, Yaxley była… Piękna, obiektywnie piękna, nie tylko dlatego, że tak należało myśleć o pannie młodej, ale dlatego, że w jej ruchach, w jej twarzy było coś nieuchwytnego, jakiś nieokreślony spokój kobiety, która naprawdę wiedziała, co robi. To nie była do końca ta sama Geraldine, którą Corio znał, ta dzisiejsza była łagodniejsza, jakby pozwoliła sobie na to, by przez chwilę nie walczyć.
Kiedy Geraldine i jej ojciec dotarli do ołtarza, tłum ucichł niemal natychmiast, on również odruchowo wyprostował się, poprawiając rękawy jasnozielonego garnituru, który w blasku popołudniowego słońca nabierał chłodnego, szmaragdowego odcienia. Jego myśli na chwilę odpłynęły w stronę dawnych czasów - uroczystości, przysięgi, słowa o miłości, wierności i wierze, wszystko to Lestrange słyszał już nieraz, omawiane w różnych konfiguracjach międzyludzkich, pod różnymi imionami, a jednak, patrząc na Ambroise’a i Geraldine, musiał przyznać w duchu, że coś w tym obrazie miało sens. Oboje byli z tych, którzy potrafili stanąć naprzeciw siebie i się nie cofnąć, ale jednocześnie we właściwych chwilach dawali sobie spokój, właśnie dlatego tak dobrze do siebie pasowali. Cieszył się, że dotarli do tego na nowo, zanim było za późno, świat ich wszystkich był obecnie wystarczająco brutalny, by iść przez niego samotnie, Corio coś o tym wiedział, nawet jeśli miał syna, ciotkę i przyjaciół. Nie mógł narzekać.
Sebastian Macmillan rozpoczął kazanie, tonem pełnym wzniosłej powagi, którego to Lestrange słuchał uważnie, choć jego myśli momentami odpływały w stronę obserwacji, jak zawsze, od czasu do czasu myślał również o tym, jak dziwnie naturalne wydawało mu się to wszystko, ale zaraz wracał do bieżącej chwili. Zauważył, że niektórzy goście poruszali ustami, inni z kolei wyglądali, jakby marzyli o kieliszku wina i końcu tej liturgicznej poetyki. Kiedy kapłan wspomniał o „świętym znaku obecności Matki”, Corio kiwnął lekko głową, przyjmując do wiadomości coś, w co nigdy nie miał zamiaru wierzyć, ale co szanował dla samej tradycji. A gdy Macmillan wspomniał o Geraldine, jej sile woli, odwadze, determinacji, mężczyzna mimowolnie uniósł wzrok, by spojrzeć na pannę młodą. Wiedział, że to prawda, znał ją na tyle, by wiedzieć, iż każdy z tych przymiotów był nie tylko słowem, ale faktem, czymś, co czyniło ją kimś wyjątkowym nawet w świecie pełnym silnych ludzi. Corio słuchał, chociaż wymowny uśmiech, który pojawił się u niego przy wzmiance o „silnym uścisku dłoni Geraldine”, był już trudny do opanowania.
Gdy nadszedł rytuał zarękowin, Lestrange pozostał na uboczu, obserwował w milczeniu, jak srebrna wstęga z symbolem kowenu spoczęła na dłoniach młodej pary, a kolejne - rodzinne, barwne, zdobione i proste - zaczęły tworzyć estetyczny wzór. A kiedy Cornelius spojrzał na Ambroise’a, który patrzył na Geraldine tak, jakby reszta świata przestała istnieć, uświadomił sobie, że naprawdę cieszył się, że to właśnie on został poproszony, by stać dziś obok, bo nawet jeśli nie wierzył w kapłanów, symbole i rytuały, wierzył w ludzi - no, przynajmniej w tych niektórych.