13.10.2025, 00:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2025, 01:55 przez Alexander Mulciber.)
"Co przychodzi dobrowolnie można posiąść lepiej. Przemoc pozostawiam potrzebie".
– Podoba mi się – rzucił, niby to z lekkością, a jednak świadom ciężaru tego wyznania. Bo przecież nie potrafił inaczej. Zawsze udzielał wymijających odpowiedzi, zamiast mówić wprost, choć nie dlatego, że chciał brzmieć tajemniczo, czy wyrafinowanie. Cenił prostotę, ale w jego życiu nic nie było proste. W jego głowie nic nie było proste. Wystarczyłoby powiedzieć, że nie wszystkie wizje przychodziły do niego dobrowolnie. Niektóre wydzierać musiał siłą, inne same go rozdzierały, a jeszcze inne – krążyły nad rozdartym umysłem jasnowidza jak sępy. Chciały nasycić się padliną, ale i ulżyć mu w cierpieniach. Sam przecież wiele razy wróżył przez zęby, bo objawienie nie chciało nadejść, nieważne, jak rozpaczliwie by nie zaklinał losu. Być może prościej byłoby mówić o kobietach, o tych, które tak słodko i ulegle potrafiły ugiąć się pod nakazem jego woli, i o tych, które trzeba było złamać, aby słuchały, ale Alexander wolał myśleć o wizjach. O tych, które nawiedzały go nocą, lekkie jak sen, składających pocałunki na jego powiekach, aby się obudził. Budził go świergot tych samych ptaków, które wcześniej przeleciały ponad ich głowami. Czy był uczciwym, gdy próbował schwytać sen, tak jak chwytał ptasie piosenki? A czym różnił się krzyk spłoszonych ptaków od krzyku jasnowidza? Wizje wyrywały się z niego w sposób gwałtowny, wstrząsając posadami istnienia Alexandra tak, jak śpiącymi pośród drzew ptakami wstrząsnął wystrzał.
Mógłby powiedzieć jej o tym wszystkim, ale później. Później, Helloise.
Nie sądził, aby pozostali weselnicy myśleli o ptakach, spłoszonych salwą wystrzałów. Nie sądził, aby interesowali się ich urywanymi pieśniami, wyśpiewanymi w popłochu skrzydeł. Nie dbali o wróżby, o przelatujące wysoko ponad ich głowami metafory, skryte w szeleście piór. Metafory, prędzej czy później, lądowały bowiem na talerzu. Oskubane z lśniącego pierza, nadziane śliwkami, wysmarowane przyprawami korzennymi. A weselnicy dbali o to tylko, przy którym ze stołów znajdzie się pieczeń z bażanta, przy którym podadzą przepiórki. Kiedyś... Kiedyś frustrowało to Alexandra. Kiedyś, kiedy był jeszcze młodzieńcem, nie potrafiącym pojąć, że inni nie widzą głębi tam, gdzie widział ją on. Czy nie patrzyli wystarczająco uważnie? Czy może nie przywiązywali do tego żadnej wagi? Nie wiedział, co było gorsze. Z czasem jednak przestał obarczać winą za swe frustracje innych ludzi, skłaniając się ku bardziej kontemplacyjnemu podejściu, więcej wybaczającemu. Wolał wierzyć w potęgę ignorancji aniżeli głupoty, nie był więc taki znowu skory, aby osądzać z góry innych, chyba że odrzucali prawdę, woląc trwać w swej ślepocie. Nie osądzał więc ani Geraldine, ani Ambroise'a. A jednak...
– Chciałbym, żeby inni mogli choć raz spojrzeć na świat twoimi oczami.
Przekonania Helloise wielu opisywałoby jako dziwaczne. Jemu bynajmniej nie przeszkadzała jej dziwaczność.
Umysł Helloise przypominał Alexandrowi pajęczynę. Myśli jak nitki babiego lata na palcach, czepiały się go, lepkie i nieoczekiwane. Gdy przedzierał się głębiej, próbując przeniknąć gąszcz jej przekonań, nici stawały się gęstszymi. Umysł Helloise był pajęczyną, w której tkwiły tłuste muchy idei, gnijące w słodkim maraźmie swych kokonów. Z niektórych spijała krew powolutku, niektóre pożerała w całości, żeby szamocząc się, nie wzruszyły posadami pajęczego królestwa. Alexander nie bał się pająków. Miały wiele oczu, tak samo, jak i on. Nie chciał więc niszczyć jej pajęczyny. Przyglądał się jej wzorom, świętej geometrii, którą mógłby poddać ściślejszej analizie, gdyby pajęczyca nie lubiła kolekcjonować nieprzydatnych gratów. A jednak hipnotyzującymi były ściegi, jakie tworzyła. Więc przyglądał się. Przyglądał się, siedząc tak, aby wiatr nie ośmielił się poruszyć pajęczyną Helloise. Przesunął lekko dłoń, gdy przechyliła się ponad nim, aby szepnąć coś do siedzących rząd dalej dzieci, choć zrobił to po to tylko, aby upewnić się, że dziewczyna z Kniei nie straci przypadkiem równowagi.
Była jak rozespana pajęczyca, bujająca się na swej nici, jak gałązka ugięta wiatrem, przechylająca się ku niemu wraz z wieńczącym ją owocem, niby koroną. Wyglądała jak królowa jesieni. W końcu tak zdobną była jej suknia, na której dźwigała wszystkie skarby odchodzącego lata, przytłaczając swym dobrobytem. Być może to właśnie dla niej, dla Helloise wywróżył ów dobrobyt z lotu ptactwa, pomyślał wesoło, może to do niej należała jego wróżba? A jednak milczał, patrząc, jak odłamuje od kołnierza klonowy liść, podarek dla dziewczynki, na oko pięcioletniej, która kręciła się nieco na krześle, niecierpliwie wyczekując końca ceremonii. Coś na kształt uśmiechu przypałętało mu się na moment na usta, gdy zobaczył, jak wsuwa liść we włosy dziecka. Gdy spotkał się spojrzeniem z opiekunami dziewczynki, i siedzącego obok chłopca, skinął lekko głową. Rozpoznał Anthony'ego Shafiqa, ale niespecjalnie zależało mu na nawiązaniu rozmowy.
Odwrócił zamiast tego głowę, aby poszukać wśród rosnących na polanie drzew klonu, z którego mogliby potem uszczknąć liść albo i dwa, aby naprawić jesienną suknię Helloise.
– Podoba mi się – rzucił, niby to z lekkością, a jednak świadom ciężaru tego wyznania. Bo przecież nie potrafił inaczej. Zawsze udzielał wymijających odpowiedzi, zamiast mówić wprost, choć nie dlatego, że chciał brzmieć tajemniczo, czy wyrafinowanie. Cenił prostotę, ale w jego życiu nic nie było proste. W jego głowie nic nie było proste. Wystarczyłoby powiedzieć, że nie wszystkie wizje przychodziły do niego dobrowolnie. Niektóre wydzierać musiał siłą, inne same go rozdzierały, a jeszcze inne – krążyły nad rozdartym umysłem jasnowidza jak sępy. Chciały nasycić się padliną, ale i ulżyć mu w cierpieniach. Sam przecież wiele razy wróżył przez zęby, bo objawienie nie chciało nadejść, nieważne, jak rozpaczliwie by nie zaklinał losu. Być może prościej byłoby mówić o kobietach, o tych, które tak słodko i ulegle potrafiły ugiąć się pod nakazem jego woli, i o tych, które trzeba było złamać, aby słuchały, ale Alexander wolał myśleć o wizjach. O tych, które nawiedzały go nocą, lekkie jak sen, składających pocałunki na jego powiekach, aby się obudził. Budził go świergot tych samych ptaków, które wcześniej przeleciały ponad ich głowami. Czy był uczciwym, gdy próbował schwytać sen, tak jak chwytał ptasie piosenki? A czym różnił się krzyk spłoszonych ptaków od krzyku jasnowidza? Wizje wyrywały się z niego w sposób gwałtowny, wstrząsając posadami istnienia Alexandra tak, jak śpiącymi pośród drzew ptakami wstrząsnął wystrzał.
Mógłby powiedzieć jej o tym wszystkim, ale później. Później, Helloise.
Nie sądził, aby pozostali weselnicy myśleli o ptakach, spłoszonych salwą wystrzałów. Nie sądził, aby interesowali się ich urywanymi pieśniami, wyśpiewanymi w popłochu skrzydeł. Nie dbali o wróżby, o przelatujące wysoko ponad ich głowami metafory, skryte w szeleście piór. Metafory, prędzej czy później, lądowały bowiem na talerzu. Oskubane z lśniącego pierza, nadziane śliwkami, wysmarowane przyprawami korzennymi. A weselnicy dbali o to tylko, przy którym ze stołów znajdzie się pieczeń z bażanta, przy którym podadzą przepiórki. Kiedyś... Kiedyś frustrowało to Alexandra. Kiedyś, kiedy był jeszcze młodzieńcem, nie potrafiącym pojąć, że inni nie widzą głębi tam, gdzie widział ją on. Czy nie patrzyli wystarczająco uważnie? Czy może nie przywiązywali do tego żadnej wagi? Nie wiedział, co było gorsze. Z czasem jednak przestał obarczać winą za swe frustracje innych ludzi, skłaniając się ku bardziej kontemplacyjnemu podejściu, więcej wybaczającemu. Wolał wierzyć w potęgę ignorancji aniżeli głupoty, nie był więc taki znowu skory, aby osądzać z góry innych, chyba że odrzucali prawdę, woląc trwać w swej ślepocie. Nie osądzał więc ani Geraldine, ani Ambroise'a. A jednak...
– Chciałbym, żeby inni mogli choć raz spojrzeć na świat twoimi oczami.
Przekonania Helloise wielu opisywałoby jako dziwaczne. Jemu bynajmniej nie przeszkadzała jej dziwaczność.
Umysł Helloise przypominał Alexandrowi pajęczynę. Myśli jak nitki babiego lata na palcach, czepiały się go, lepkie i nieoczekiwane. Gdy przedzierał się głębiej, próbując przeniknąć gąszcz jej przekonań, nici stawały się gęstszymi. Umysł Helloise był pajęczyną, w której tkwiły tłuste muchy idei, gnijące w słodkim maraźmie swych kokonów. Z niektórych spijała krew powolutku, niektóre pożerała w całości, żeby szamocząc się, nie wzruszyły posadami pajęczego królestwa. Alexander nie bał się pająków. Miały wiele oczu, tak samo, jak i on. Nie chciał więc niszczyć jej pajęczyny. Przyglądał się jej wzorom, świętej geometrii, którą mógłby poddać ściślejszej analizie, gdyby pajęczyca nie lubiła kolekcjonować nieprzydatnych gratów. A jednak hipnotyzującymi były ściegi, jakie tworzyła. Więc przyglądał się. Przyglądał się, siedząc tak, aby wiatr nie ośmielił się poruszyć pajęczyną Helloise. Przesunął lekko dłoń, gdy przechyliła się ponad nim, aby szepnąć coś do siedzących rząd dalej dzieci, choć zrobił to po to tylko, aby upewnić się, że dziewczyna z Kniei nie straci przypadkiem równowagi.
Była jak rozespana pajęczyca, bujająca się na swej nici, jak gałązka ugięta wiatrem, przechylająca się ku niemu wraz z wieńczącym ją owocem, niby koroną. Wyglądała jak królowa jesieni. W końcu tak zdobną była jej suknia, na której dźwigała wszystkie skarby odchodzącego lata, przytłaczając swym dobrobytem. Być może to właśnie dla niej, dla Helloise wywróżył ów dobrobyt z lotu ptactwa, pomyślał wesoło, może to do niej należała jego wróżba? A jednak milczał, patrząc, jak odłamuje od kołnierza klonowy liść, podarek dla dziewczynki, na oko pięcioletniej, która kręciła się nieco na krześle, niecierpliwie wyczekując końca ceremonii. Coś na kształt uśmiechu przypałętało mu się na moment na usta, gdy zobaczył, jak wsuwa liść we włosy dziecka. Gdy spotkał się spojrzeniem z opiekunami dziewczynki, i siedzącego obok chłopca, skinął lekko głową. Rozpoznał Anthony'ego Shafiqa, ale niespecjalnie zależało mu na nawiązaniu rozmowy.
Odwrócił zamiast tego głowę, aby poszukać wśród rosnących na polanie drzew klonu, z którego mogliby potem uszczknąć liść albo i dwa, aby naprawić jesienną suknię Helloise.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat