Gio bardzo chętnie porzucał grzecznościowe formy. Jak najbardziej mu nie przeszkadzały i zachowywał całą ich stosowność, ale zwracanie się po imieniu wiązało się z niebywale większym poziomem bliskości. A Urquart, jako Miś Przyjaciel świata, oczywiście kolekcjonował osoby, które nadały mu taki przywilej.
— To samo z mojej strony, Cecily — odpowiedział z uśmiechem. Bardzo ładnie im ta misja szła. Giovanni był już wystarczająco usatysfakcjonowany z wycieczki.
Schody jakieś pojawiły się, ale przez jakość gruntu ciężko było stwierdzić, czy tak naprawdę są stabilne. Nim Gio oznajmił, że powinien pójść pierwszy, Cecylka ruszyła przodem pokładając zbyt wielkie nadzieje w zdolnościach Urquarta. Niestety z Gio był żaden wielki mag i o ile językiem potrafił czarować, to różdżką wychodziło różnie.
Pech chciał, że ruszył tuż za Cecily, tak więc gdy ona zaczęła zjeżdżać, on nie miał już odwrotu. Jego zręczność wcale nie była większa od panny Lupin, tak więc po kilku chwilach Zakon wzbogacił się o dwa błotne bałwany.
— A to przygoda — zaśmiał się powstając z pozycji wywróconej. — Niezmiernie przepraszam, nie zachowałem odpowiednich środków ostrożności. — Westchnął poważniejąc na chwilę. Niby zwykłe wyjście do lasu po jakieś zioło, a Cecylka wróci do domu cała w siniakach. — Chłoszczyść.
Chciał usunąć błoto z kobiety, a następnie ponowił czar na sobie.
[Rzut na Kształtowanie błota w nic razy 2.]
Sukces!
Slaby sukces...