Nora nie należała do osób szczególnie wycofanych - zauważyła znajomą twarz, postanowiła więc zaczepić mężczyznę, który siedział obok niej, nic przecież nie mogła na tym stracić, ona była sama, on był sam, cóż przynajmniej nie musieli milczeć i patrzeć się w ołtarz, tylko mogli wymienić między sobą kilka zdań. Całkiem proste, a może dzięki temu nie będą się czuć tacy wyobcowani, wydawało jej się bowiem, że mało kto postanowił się tu pojawić bez osoby towarzyszącej. Nie dziwiło jej to specjalnie, śluby zdecydowanie łatwiej było przetrwać w parach. Cóż jej pierwszy wybór jeśli chodzi o takie wydarzenia niestety aktualnie pewnie zbierał się do tego, aby zostać gdzieś zamknięty i nie ugryźć kogoś przypadkiem tej nocy. Nie było to nic nadzwyczajnego, jeśli Twoim najlepszym przyjacielem był wilkołak... można do tego przywyknąć.
- Tak, panna Figg, to znaczy Nora, po prostu Nora. - Nie wydawało jej się konieczne, by zwracał się do niej oficjalnie. W końcu przyjaciele jej przyjaciela byli jej przyjaciółmi? Jakoś tak to szło.
Uścisnęła mu dłoń, delikatnie, nie miała w sobie zbyt wiele siły, chociaż gest ten był całkiem pewny. Uśmiechnęła się serdecznie do Eliasa, zauważyła, że się zaczerwienił. Dziwne, przez nią? Mrugnęła nie chcąc dawać po sobie znać, że coś zauważyła. Zawsze było dla niej istotne, aby wszyscy czuli się przy niej komfortowo.
Nie miała pojęcia o tym, że Bletchley miał w swojej głowie niecny plan, aby ograć ją w karty, znając Norę, postanowiłaby wziąć w tym udział, bez żadnego powodu i z jej szczęściem przegrałaby sporo galeonów, co aktualnie nie było raczej wskazane z racji na straty, które musiała pokryć w cukierni po pożarach. Oby nie próbował zaprosić jej do takiej zabawy... nie był to najlepszy moment.
W przeciwieństwie do swojego towarzysza panna Figg wpatrywała się w ołtarz jak zaczarowana. Kapłan mówił pięknie, wydawał się znać Ambroise'a i jego wybrankę. Oczy jej się zaczerwieniły. Nora była bardzo wrażliwa, ruszały ją podobne sytuacje, wierzyła w prawdziwą miłość, chociaż nie sądziła, że kiedyś ją spotka. Mniejsza o to, była naprawdę zadowolona z tego, że Roise miał to szczęście by trafić na swojego człowieka, wydawał się być aktualnie bardzo odmieniony, zupełnie inny niż jeszcze kilka tygodni temu. Widać wystarczyło, by u jego boku pojawiła się odpowiednia osoba.
Nawet na moment nie odrywała wzroku od kapłana i pary młodej. Obserwowała uważnie wstęgi, które po kolei były zaplatane na ich dłoniach, nie miała szansy jeszcze widzieć podobnego rytuału. Wydawało jej się, iż mogą to być lokalne tradycje, których nie miała szansy poznać, bo niby skąd?
- Ciii. - Syknęła odruchowo, po chwili jednak postanowiła dodać do tego syknięcia komentarz. Elias przerwał jej moment zamyślenia. - Będzie tyle gadał dopóki nie stwierdzi, że powiedział już wszystko, co ma do powiedzenia. - Nie było w tym nic szczególnie skomplikowanego. Skoro kapłan miał jeszcze coś do powiedzenia, niech mówi, przecież drugi raz taka okazja mu się nie przytrafi, no przynajmniej nie z tą, konkretną parą młodą.
- Jeszcze nam kaznodziei w polityce brakuje... - Jakby i bez obecności wysłanników wiary nie mieli aktualnie dość zagmatwanej sytuacji politycznej. - Może lepiej niech oni trzymają się swoich świątyń. - To wydawało jej się zdecydowanie lepszym pomysłem.