23.10.2022, 13:24 ✶
Niewiele sobie robiła z przejmowania się cudzymi opiniami, toteż i jej reakcje najczęściej należały do szczerych i niczym nie filtrowanych. Lakierki stukały o posadzkę, gdy przesunęli się na początek, a teczką z dokumentami, którą trzymała, musiała zasłonić się od powstrzymania rozbawienia. Miał połowę szansy na sukces i najwyraźniej tym razem, szczęście było po stronie Longbottoma. Zeneida szczerze rozważała, jak reaguje na niepowodzenia ktoś, kto zdaje się z taką łatwością obracać własną pozycję na kierunek sukcesu. Pomachała zza jego pleców do pani w okienku, podczas gdy tamten snuł istnie bajkową historię. Myślenie o czymś to jedno, ale słyszenie tego samego przez wszystkich ludzi w ich otoczeniu, nawet jeśli powiedziane ironicznie…
Przysunęła się do przodu, wpatrując z wdzięcznością w oblicze pani sekretarki i podając jej teczkę przez okienko.
— Tutaj podpis i wyciąg z archiwum, numer jest na dole strony. Dziękuję bardzo. — Czarownica przebiegła wzrokiem po dokumencie, pociągając nosem i wstała ze swojego miejsca, znikając za potężnymi regałami, tym samym pozostawiając ich dwójkę w relatywnej samotności. Nie licząc oczywiście, mamroczącego z niezadowoleniem, w odległości kilku metrów od nich, tłumu kolejki.
— Jak na spontaniczny występ, miałeś przygotowane zaskakująco dużo komplementów na mój temat. — Zaczęła w odpowiedzi na pytanie mężczyzny. Stanęła przed nim, jedną dłonią opierając na blacie okienka, a głowę przekrzywiając na bok z zaciekawieniem. — Może minąłeś się z powołaniem? Pamiętaj, na zmianę ścieżki kariery nigdy nie jest za późno, a aktorstwo cię chyba wzywa. — Wyciągnęła przed siebie palce, w zamyśleniu wyliczając kolejne wspominki. — Profesjonalistka, chluba departamentu, onieśmielająca. I kim na gacie Merlina jest Stephen? — Zacisnęła usta, powstrzymując uśmieszek. Cała sytuacja eskalowała zaskakująco szybko, a jej efekt wykraczał znacznie poza żartobliwe podpuszczenie, od jakiego Moody zaczęła całą rozmowę. Erik zdawał się większość rzeczy brać dosłownie, a pozostałe bardzo dosłownie i nie dziwiło to kobiety aż tak bardzo. Ludzie czynu mieli w zwyczaju nie marnować nawet sekundy i nawet cieszyła się odrobinę, że dzieliło ich kilka lat różnicy i inne domy w Hogwarcie. Na boisku Quidditcha byłby nie do zniesienia, a ona na pewno nie puściłaby tego płazem.
— To zależy… — Zamyśliła się przez sekundę, stukając palcem wskazującym o usta. — Co jeszcze zrobisz, jeśli cię po prostu o to poproszę? Może pójdziesz za mnie na komisję i powiesz im jeszcze raz, jaka jestem wspaniała? Tak, żebym sama nie musiała stać przed nimi jak kołek. — Zmarszczyła brwi w autentycznym niezadowoleniu, przypominając sobie, że za chwilę będzie musiała wrócić do półokrągłej sali z innymi rekrutami. Wiedziała doskonale, co o jej postępach myśleli przełożeni. Niezwykle skuteczna, ale o niekonwencjonalnych drogach do celu, zbyt samodzielna w pracy, nienawidzi polegać na innych. Każda z tych cech osobno nie brzmiała aż tak źle, ale w tak ważnej instytucji jak Biuro Aurorów, skupienie na grupowym wsparciu stanowiło ważny aspekt, jaki musiała zacząć w sobie ćwiczyć. Niechętnie.
Przysunęła się do przodu, wpatrując z wdzięcznością w oblicze pani sekretarki i podając jej teczkę przez okienko.
— Tutaj podpis i wyciąg z archiwum, numer jest na dole strony. Dziękuję bardzo. — Czarownica przebiegła wzrokiem po dokumencie, pociągając nosem i wstała ze swojego miejsca, znikając za potężnymi regałami, tym samym pozostawiając ich dwójkę w relatywnej samotności. Nie licząc oczywiście, mamroczącego z niezadowoleniem, w odległości kilku metrów od nich, tłumu kolejki.
— Jak na spontaniczny występ, miałeś przygotowane zaskakująco dużo komplementów na mój temat. — Zaczęła w odpowiedzi na pytanie mężczyzny. Stanęła przed nim, jedną dłonią opierając na blacie okienka, a głowę przekrzywiając na bok z zaciekawieniem. — Może minąłeś się z powołaniem? Pamiętaj, na zmianę ścieżki kariery nigdy nie jest za późno, a aktorstwo cię chyba wzywa. — Wyciągnęła przed siebie palce, w zamyśleniu wyliczając kolejne wspominki. — Profesjonalistka, chluba departamentu, onieśmielająca. I kim na gacie Merlina jest Stephen? — Zacisnęła usta, powstrzymując uśmieszek. Cała sytuacja eskalowała zaskakująco szybko, a jej efekt wykraczał znacznie poza żartobliwe podpuszczenie, od jakiego Moody zaczęła całą rozmowę. Erik zdawał się większość rzeczy brać dosłownie, a pozostałe bardzo dosłownie i nie dziwiło to kobiety aż tak bardzo. Ludzie czynu mieli w zwyczaju nie marnować nawet sekundy i nawet cieszyła się odrobinę, że dzieliło ich kilka lat różnicy i inne domy w Hogwarcie. Na boisku Quidditcha byłby nie do zniesienia, a ona na pewno nie puściłaby tego płazem.
— To zależy… — Zamyśliła się przez sekundę, stukając palcem wskazującym o usta. — Co jeszcze zrobisz, jeśli cię po prostu o to poproszę? Może pójdziesz za mnie na komisję i powiesz im jeszcze raz, jaka jestem wspaniała? Tak, żebym sama nie musiała stać przed nimi jak kołek. — Zmarszczyła brwi w autentycznym niezadowoleniu, przypominając sobie, że za chwilę będzie musiała wrócić do półokrągłej sali z innymi rekrutami. Wiedziała doskonale, co o jej postępach myśleli przełożeni. Niezwykle skuteczna, ale o niekonwencjonalnych drogach do celu, zbyt samodzielna w pracy, nienawidzi polegać na innych. Każda z tych cech osobno nie brzmiała aż tak źle, ale w tak ważnej instytucji jak Biuro Aurorów, skupienie na grupowym wsparciu stanowiło ważny aspekt, jaki musiała zacząć w sobie ćwiczyć. Niechętnie.
give me a bitter glory.