14.10.2025, 22:12 ✶
Astoria dotarła na miejsce o czasie. Dzień w pracy przeciągnął się o dobre dwie godziny; ostatnie dokumenty podpisywała już w pośpiechu, mając świadomość, że powinna być dawno w drodze. Zamiast wrócić do domu, przebrała się w łazience galerii — w czarną sukienkę, prostą, elegancką, o głębokim dekolcie. Włosy poprawiła w pośpiechu, a na usta nałożyła szminkę, której odcień wydał jej się zbyt ciemny w blasku sztucznego światła.
Teraz, gdy przeszła przez bramę rezydencji Yaxleyów, powietrze było rześkie, wilgotne. Nie zatrzymywała się. Przeszła na tyły alejek. Wszyscy zdawali się już zajmować swoje miejsca. Nie zwracała większej uwagi na twarze znajome lub nie, usiadła na pierwszym wolnym krześle w ostatnim rzędzie. Miała nadzieję nie zwrócić na siebie uwagi. Słysząc szepty dookoła, uświadomiła sobie, że przyszła tu właściwie sama. Skupiona na pracy zupełnie zapomniała, że powinna kogoś zaprosić. Z drugiej strony ślub miał być kameralny, więc nie chciała sprowadzać nieznajomych.
To nic. Jeśli będzie się źle bawić, najwyżej wyjdzie szybciej do domu. Ostatecznie chodziło o obecność dla Geraldine i Ambroise'a.
Złożyła dłonie na kolanach, próbując uspokoić oddech. Nie powinna się śpieszyć, zawsze potem z trudem łapała powietrze. Zimny podmuch musnął jej kark, unosząc kilka niesfornych pasm włosów.
Para młoda weszła wśród cichego szmeru przesuwających się tkanin, a Astoria westchnęła z zachwytu - Geraldine wyglądała olśniewająco. Ambroise oczywiście też niczego sobie, ale wiadomo, że w dniu ślubu największa uwaga spoczywa na pannie młodej. Słuchała kapłana, gdy jego głos niósł się ponad głowami i splatał z szelestem drzew. Śledziła ruch dłoni, które oplatały wstęgi wokół rąk nowożeńców - jej wzrok ślizgał się po drobnych detalach, ale jej myśli dawno już odpłynęły.
Przełknęła ślinę. Gdyby nie wypadek Xandera, sama wkrótce stałaby na ślubnym kobiercu. Tyle że byłaby jedną z tych nieszczęśliwych panien młodych, które przymuszono do połączenia dwóch starych, potężnych rodów.
Poprawiła się na krześle, czując pod palcami chłód drewna, prostując jeszcze bardziej plecy, jakby sama świadomość, że ktoś mógłby odczytać z jej twarzy cokolwiek osobistego, była nie do zniesienia. Patrzyła na Geraldine, której uśmiech był teraz spokojny i pewny - taki, jaki widuje się u kobiet, które dokonały wyboru zgodnego z własnym sumieniem.
Śledziła uważnie rytuał żywiołów, choć mimo wszystko to ta tradycyjna część budziła w niej najwięcej emocji; moment wymiany obrączek, słowa przysięgi. Nie potrzeba magii, by wyczuć w powietrzu pozytywne napięcie. Uśmiechnęła się, czekając na pocałunek, który miał sfinalizować ceremonię.
Teraz, gdy przeszła przez bramę rezydencji Yaxleyów, powietrze było rześkie, wilgotne. Nie zatrzymywała się. Przeszła na tyły alejek. Wszyscy zdawali się już zajmować swoje miejsca. Nie zwracała większej uwagi na twarze znajome lub nie, usiadła na pierwszym wolnym krześle w ostatnim rzędzie. Miała nadzieję nie zwrócić na siebie uwagi. Słysząc szepty dookoła, uświadomiła sobie, że przyszła tu właściwie sama. Skupiona na pracy zupełnie zapomniała, że powinna kogoś zaprosić. Z drugiej strony ślub miał być kameralny, więc nie chciała sprowadzać nieznajomych.
To nic. Jeśli będzie się źle bawić, najwyżej wyjdzie szybciej do domu. Ostatecznie chodziło o obecność dla Geraldine i Ambroise'a.
Złożyła dłonie na kolanach, próbując uspokoić oddech. Nie powinna się śpieszyć, zawsze potem z trudem łapała powietrze. Zimny podmuch musnął jej kark, unosząc kilka niesfornych pasm włosów.
Para młoda weszła wśród cichego szmeru przesuwających się tkanin, a Astoria westchnęła z zachwytu - Geraldine wyglądała olśniewająco. Ambroise oczywiście też niczego sobie, ale wiadomo, że w dniu ślubu największa uwaga spoczywa na pannie młodej. Słuchała kapłana, gdy jego głos niósł się ponad głowami i splatał z szelestem drzew. Śledziła ruch dłoni, które oplatały wstęgi wokół rąk nowożeńców - jej wzrok ślizgał się po drobnych detalach, ale jej myśli dawno już odpłynęły.
Przełknęła ślinę. Gdyby nie wypadek Xandera, sama wkrótce stałaby na ślubnym kobiercu. Tyle że byłaby jedną z tych nieszczęśliwych panien młodych, które przymuszono do połączenia dwóch starych, potężnych rodów.
Poprawiła się na krześle, czując pod palcami chłód drewna, prostując jeszcze bardziej plecy, jakby sama świadomość, że ktoś mógłby odczytać z jej twarzy cokolwiek osobistego, była nie do zniesienia. Patrzyła na Geraldine, której uśmiech był teraz spokojny i pewny - taki, jaki widuje się u kobiet, które dokonały wyboru zgodnego z własnym sumieniem.
Śledziła uważnie rytuał żywiołów, choć mimo wszystko to ta tradycyjna część budziła w niej najwięcej emocji; moment wymiany obrączek, słowa przysięgi. Nie potrzeba magii, by wyczuć w powietrzu pozytywne napięcie. Uśmiechnęła się, czekając na pocałunek, który miał sfinalizować ceremonię.
/jakby ktoś był wolny to zapraszam!/