21.02.2023, 19:34 ✶
Brenna poruszała się zazwyczaj tak szybko, że gdy szli do Hogsmeade, momentami faktycznie znajdowała się dwa kroki przed nimi. Potem uświadamiała sobie, że jednak większość ludzi podczas spacerów niekoniecznie lubi biegać i zwalniała, by znaleźć się wraz z resztą grupy. Był czerwiec: ciepły, przyjemny czerwiec, przez który wierzchnią szatę niosła przerzuconą przez ramię, ubrana w letnią koszulę i spódnicę, jakie nosiła większość uczennic, ale mimo tego ciepła i tak zarzuciła na ramiona czerwono – złoty szalik Gryffindoru.
Nie chodziło nawet o patriotyzm. O tym, że Brenna niekoniecznie była fanatyczką domową, świadczyło choćby to, że szła teraz w tak mieszanej gromadzie, mając przy boku dwie Ślizgonki. Po prostu miała słodko – gorzką świadomość, że to ostatnia okazja, by założyć go, gdy jeszcze jest częścią tego domu w szkole. Jej pogodna dusza – w wieku osiemnastu lat weselsza niż miała być za kolejne dziewięć lat – była rozdarta, pomiędzy radością z ukończonych egzaminów, ekscytacją, co do przyszłej kariery i smutkiem, że oto nadchodzi pora opuszczenia Hogwartu. Gadała jednak jak zwykle, i jeśli inni postanowiliby nawet wszyscy zamilknąć, nie musieli obawiać się niezręcznej ciszy.
- Piwo! – parsknęła rozbawiona do Flinta, gdy już rozsiadła się wygodnie, zajmując miejsce między Theseusem a Victorią. – Cas, mam nadzieję, że nie mówisz o kremowym? To znaczy wiesz, że ja uwielbiam, kocham, miłuję piwo kremowe, miłością z gatunku tych dozgonnych, ale kończymy szkołę, jesteśmy pełnoletni i w ogóle, ostatni egzamin za nami, oficjalnie absolwenci i nikt nie może dać nam szlabanu ani zabrać punktów, więc przynieś tu koniecznie poza nim butelkę rumu porzeczkowego i miodu, bo inaczej mogę urządzić scenę. Taką Scenę przez wielkie S.
Odprowadziła ich spojrzeniem, zastanawiając się, czy dwóch chłopców w ich towarzystwie umyka odstraszonych przez towarzystwo kobiet?
– Myślicie, że bali się, że zaczniemy rozmawiać o… nie wiem, makijażach, sukienkach i najbliższych balach? – spytała Victorii i Cynthii, trochę żartobliwie. – Nawiasem mówiąc, w sumie moi rodzice pod koniec lata faktycznie robią bal charytatywny. Czy coś takiego. Z góry zapraszam. Sama zanudzę się tam tak – totalnie – totalnie – na – śmierć. I będę tak znudzona, że nie zauważę, że umarłam i stanę się znudzonym duchem.
Już za parę lat miała sama organizować te bale, ale w tej chwili… nie potrafiła wyobrazić sobie czegoś nudniejszego.
Nie chodziło nawet o patriotyzm. O tym, że Brenna niekoniecznie była fanatyczką domową, świadczyło choćby to, że szła teraz w tak mieszanej gromadzie, mając przy boku dwie Ślizgonki. Po prostu miała słodko – gorzką świadomość, że to ostatnia okazja, by założyć go, gdy jeszcze jest częścią tego domu w szkole. Jej pogodna dusza – w wieku osiemnastu lat weselsza niż miała być za kolejne dziewięć lat – była rozdarta, pomiędzy radością z ukończonych egzaminów, ekscytacją, co do przyszłej kariery i smutkiem, że oto nadchodzi pora opuszczenia Hogwartu. Gadała jednak jak zwykle, i jeśli inni postanowiliby nawet wszyscy zamilknąć, nie musieli obawiać się niezręcznej ciszy.
- Piwo! – parsknęła rozbawiona do Flinta, gdy już rozsiadła się wygodnie, zajmując miejsce między Theseusem a Victorią. – Cas, mam nadzieję, że nie mówisz o kremowym? To znaczy wiesz, że ja uwielbiam, kocham, miłuję piwo kremowe, miłością z gatunku tych dozgonnych, ale kończymy szkołę, jesteśmy pełnoletni i w ogóle, ostatni egzamin za nami, oficjalnie absolwenci i nikt nie może dać nam szlabanu ani zabrać punktów, więc przynieś tu koniecznie poza nim butelkę rumu porzeczkowego i miodu, bo inaczej mogę urządzić scenę. Taką Scenę przez wielkie S.
Odprowadziła ich spojrzeniem, zastanawiając się, czy dwóch chłopców w ich towarzystwie umyka odstraszonych przez towarzystwo kobiet?
– Myślicie, że bali się, że zaczniemy rozmawiać o… nie wiem, makijażach, sukienkach i najbliższych balach? – spytała Victorii i Cynthii, trochę żartobliwie. – Nawiasem mówiąc, w sumie moi rodzice pod koniec lata faktycznie robią bal charytatywny. Czy coś takiego. Z góry zapraszam. Sama zanudzę się tam tak – totalnie – totalnie – na – śmierć. I będę tak znudzona, że nie zauważę, że umarłam i stanę się znudzonym duchem.
Już za parę lat miała sama organizować te bale, ale w tej chwili… nie potrafiła wyobrazić sobie czegoś nudniejszego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.