15.10.2025, 01:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2025, 01:17 przez Paracelsus.)
W chwili, gdy kapłan wypowiedział pierwsze słowa mające zapoczątkować rytuał żywiołów, coś w powietrzu wyraźnie się zmieniło. A gdy Sebastian wykonał pierwszy ruch ręki, sypiąc ziemię wokół stóp Młodych, podłoże pod nogami gości zadrżało nieznacznie. Rozsypana u stóp pary ziemia przyjęła kształt kręgu. Nieidealnego, lecz wyraźnego.
Drżenie trwało kilkanaście sekund, subtelnie, lecz niezaprzeczalnie rezonując pod butami, deskami tymczasowo stworzonych alejek i wreszcie pod nogami krzeseł. Było jednak ledwie wyczuwalne, nie kojarząc się z trzęsieniem ziemi ani żadnym jawnym lub niejawnym zagrożeniem. Było...
...spokojne, delikatnie dające znać o swojej obecności. Przynajmniej tym, którzy zwracali uwagę na otoczenie, nie zaś byli pogrążeni w rozmowach albo we własnych myślach.
Tych ostatnich bowiem bez wątpienia przybywało wraz z upływem czasu i kolejnymi dłużącymi się minutami ceremonii. Pięknej, to prawda, jednakże również wymagającej skupienia, które nie wszyscy mieli lub też chcieli mieć.
Powietrze, które do tej pory było chłodne i spokojne, również zaczęło drgać. Z nieba spadło kilka kropli wody, odbijając się od desek i spadając na głowy zebranych. Nie był to jednak pełnoprawny deszcz. Nie była to nawet mżawka. Czymkolwiek to było, ustało po kilku sekundach. Tuż przed tym, gdy liście drzew otaczających polanę kolejny raz poruszyły się niespodziewanie, choć jeszcze chwilę wcześniej pozostawały względnie nieruchome.
Wiatr nabrał siły, niosąc ze sobą zapach wrzosów, dymu, kadzidła i wilgotnej ziemi. Z początku mogło się zdawać, że był to tylko nieco silniejszy powiew, jednak i ten szum miał w sobie pewną intencję. Szmer narastał niczym szept przekazywany od drzewa do drzewa aż stał się wyraźnym, rytmicznym szelestem, rozchodząc się pomiędzy koronami i cichnąc stopniowo. Zupełnie tak, jakby las słuchał a potem dał swą odpowiedź, milknąc tak niespodziewanie jak się odezwał.
Dym z palonych ziół, trzymanych przez kapłana, rozlał się wokół, a płomienie wszystkich trzech świec zwiększyły się gwałtownie, wydłużając smukłe, jasne języki ognia. Cień Macmillana, większy niż powinien być, zatańczył na ołtarzu, przesuwając się po ziemi w rytm drżenia światła. Ono również przygasło po kilkunastu sekundach. Płomienie uspokoiły się, wracając do pierwotnej wysokości. Powracając do normy, tak jak ziemia i drzewa.
Zupełnie tak, jakby coś dawnego, uśpionego poruszyło się z wolna głęboko pod warstwą kamieni i traw, rozpoznając w wypowiadanych słowach dawno zapomniany rytm i odpowiadając na wezwanie. Co poniektórzy goście spojrzeli po sobie niespiesznie, niepewni, czy było to tylko złudzenie, czy może część rytuału, który właśnie się zakończył.
Kolejne minuty ceremonii przebiegały już zupełnie standardowo. Spokojnie i zgodnie ze zwyczajami. Przynajmniej do momentu, gdy Macmillan nie zabrał ponownie głosu, wypowiadając finalne słowa.
Moment później kolejny podmuch wiatru, tym razem mocniejszy, szarpnął szatami Sebastiana, poruszył włosy świadków i zmusił kilka starszych czarownic do odruchowego przytrzymania kapeluszy. Welon panny młodej poderwał się wysoko w gwałtownym, niemal symbolicznym geście, zerwany z jej włosów dokładnie w momencie pocałunku.
Żadna dłoń nie poruszyła się wystarczająco szybko, aby go złapać. Mimo upięcia, zerwał się z głowy Geraldine, rozrzucając jej włosy i szybując w górę.
Wznosił się coraz wyżej...
...ponad głowy zebranych, ponad ołtarz, ponad wierzchołki drzew...
...aż zniknął gdzieś na tle ciemniejącego, zachmurzonego nieba.
Dym ze spalonych ziół jeszcze przez chwilę wił się leniwie wokół dłoni pary młodej, otaczając ich srebrzystą mgiełką, zanim całkowicie się rozwiał. W jego kształtach zdawało się czaić coś nieuchwytnego. Wspomnienie modlitwy, echo błogosławieństwa a może wróżba na przyszłość?
Interpretacji z pewnością było wiele, jednak nieliczni z zebranych z pewnością mieli już wkrótce usłyszeć pytania o swą ekspercką opinię. Oczy wielu osób skierowały się w stronę gości znanych z kunsztu wróżbiarstwa.
Tymczasem od strony rzędów najbliższych rodzin Młodej Pary rozległ się wyjątkowo przeszywający dźwięk przesuwanego krzesła. Ojciec Geraldine (ubrany w wyjątkowo tradycyjny łowiecki strój, w którym, o dziwo, nie wydawał się nadmiernie pocić) podniósł się z miejsca, wyciągając zza krzesła imponujących rozmiarów łuk z kołczanem i bez słowa ruszając w kierunku ołtarza, aby podać go córce.
Po podziękowaniach złożonych Macmillanowi, pierwsze ognisko tego wieczoru miało zostać rozpalone. Jego ogień miał pochodzić z ręki Geraldine, przy wykorzystaniu płonącej strzały odpalonej od ceremonialnej świecy, kończąc tym samym formalną część ceremonii.
Drżenie trwało kilkanaście sekund, subtelnie, lecz niezaprzeczalnie rezonując pod butami, deskami tymczasowo stworzonych alejek i wreszcie pod nogami krzeseł. Było jednak ledwie wyczuwalne, nie kojarząc się z trzęsieniem ziemi ani żadnym jawnym lub niejawnym zagrożeniem. Było...
...spokojne, delikatnie dające znać o swojej obecności. Przynajmniej tym, którzy zwracali uwagę na otoczenie, nie zaś byli pogrążeni w rozmowach albo we własnych myślach.
Tych ostatnich bowiem bez wątpienia przybywało wraz z upływem czasu i kolejnymi dłużącymi się minutami ceremonii. Pięknej, to prawda, jednakże również wymagającej skupienia, które nie wszyscy mieli lub też chcieli mieć.
Powietrze, które do tej pory było chłodne i spokojne, również zaczęło drgać. Z nieba spadło kilka kropli wody, odbijając się od desek i spadając na głowy zebranych. Nie był to jednak pełnoprawny deszcz. Nie była to nawet mżawka. Czymkolwiek to było, ustało po kilku sekundach. Tuż przed tym, gdy liście drzew otaczających polanę kolejny raz poruszyły się niespodziewanie, choć jeszcze chwilę wcześniej pozostawały względnie nieruchome.
Wiatr nabrał siły, niosąc ze sobą zapach wrzosów, dymu, kadzidła i wilgotnej ziemi. Z początku mogło się zdawać, że był to tylko nieco silniejszy powiew, jednak i ten szum miał w sobie pewną intencję. Szmer narastał niczym szept przekazywany od drzewa do drzewa aż stał się wyraźnym, rytmicznym szelestem, rozchodząc się pomiędzy koronami i cichnąc stopniowo. Zupełnie tak, jakby las słuchał a potem dał swą odpowiedź, milknąc tak niespodziewanie jak się odezwał.
Dym z palonych ziół, trzymanych przez kapłana, rozlał się wokół, a płomienie wszystkich trzech świec zwiększyły się gwałtownie, wydłużając smukłe, jasne języki ognia. Cień Macmillana, większy niż powinien być, zatańczył na ołtarzu, przesuwając się po ziemi w rytm drżenia światła. Ono również przygasło po kilkunastu sekundach. Płomienie uspokoiły się, wracając do pierwotnej wysokości. Powracając do normy, tak jak ziemia i drzewa.
Zupełnie tak, jakby coś dawnego, uśpionego poruszyło się z wolna głęboko pod warstwą kamieni i traw, rozpoznając w wypowiadanych słowach dawno zapomniany rytm i odpowiadając na wezwanie. Co poniektórzy goście spojrzeli po sobie niespiesznie, niepewni, czy było to tylko złudzenie, czy może część rytuału, który właśnie się zakończył.
Kolejne minuty ceremonii przebiegały już zupełnie standardowo. Spokojnie i zgodnie ze zwyczajami. Przynajmniej do momentu, gdy Macmillan nie zabrał ponownie głosu, wypowiadając finalne słowa.
Moment później kolejny podmuch wiatru, tym razem mocniejszy, szarpnął szatami Sebastiana, poruszył włosy świadków i zmusił kilka starszych czarownic do odruchowego przytrzymania kapeluszy. Welon panny młodej poderwał się wysoko w gwałtownym, niemal symbolicznym geście, zerwany z jej włosów dokładnie w momencie pocałunku.
Żadna dłoń nie poruszyła się wystarczająco szybko, aby go złapać. Mimo upięcia, zerwał się z głowy Geraldine, rozrzucając jej włosy i szybując w górę.
Wznosił się coraz wyżej...
...ponad głowy zebranych, ponad ołtarz, ponad wierzchołki drzew...
...aż zniknął gdzieś na tle ciemniejącego, zachmurzonego nieba.
Dym ze spalonych ziół jeszcze przez chwilę wił się leniwie wokół dłoni pary młodej, otaczając ich srebrzystą mgiełką, zanim całkowicie się rozwiał. W jego kształtach zdawało się czaić coś nieuchwytnego. Wspomnienie modlitwy, echo błogosławieństwa a może wróżba na przyszłość?
Interpretacji z pewnością było wiele, jednak nieliczni z zebranych z pewnością mieli już wkrótce usłyszeć pytania o swą ekspercką opinię. Oczy wielu osób skierowały się w stronę gości znanych z kunsztu wróżbiarstwa.
Tymczasem od strony rzędów najbliższych rodzin Młodej Pary rozległ się wyjątkowo przeszywający dźwięk przesuwanego krzesła. Ojciec Geraldine (ubrany w wyjątkowo tradycyjny łowiecki strój, w którym, o dziwo, nie wydawał się nadmiernie pocić) podniósł się z miejsca, wyciągając zza krzesła imponujących rozmiarów łuk z kołczanem i bez słowa ruszając w kierunku ołtarza, aby podać go córce.
Po podziękowaniach złożonych Macmillanowi, pierwsze ognisko tego wieczoru miało zostać rozpalone. Jego ogień miał pochodzić z ręki Geraldine, przy wykorzystaniu płonącej strzały odpalonej od ceremonialnej świecy, kończąc tym samym formalną część ceremonii.
Spoiler