Pierwsza część rytuału była za nimi. Yaxley miała wrażenie, że czas płynie jej bardzo szybko, przed chwilą pojawiło się przed nimi wiele twarzy, które teraz ponownie znajdowały się na swoich miejscach. Zazwyczaj, gdy brała udział w podobnych ceremoniach czas dłużył jej się niemiłosiernie, tym razem było zupełnie inaczej.
Mieli przejść do kolejnej części tradycyjnego obrządku. Bardzo dobrze wiedziała, co teraz ich czeka, była w końcu zaznajomiona z tym, jak wyglądały walijskie, czarodziejskie śluby. Co najważniejsze, powoli zbliżali się do zakończenia tej oficjalnej części, jej bała się najbardziej, bo wszystkie oczy były skierowane w ich kierunku, zapewne znalazłyby się osoby, które dostrzegłyby jej potknięcie, gdyby do takiego doszło. Póki co jednak wszystko wydawało się przebiegać w idealnym porządku.
Rytuał czterech żywiołów był kolejną częścią ceremonii, zgodność z naturą, wejście w związek małżeński w zgodzie z żywiołami, które rządziły przecież światem wydawał się być dość istotny. Geraldine obserwowała uważnie poczynania kapłana, postępował pewnie, widać było lata doświadczenia w udzielaniu podobnych sakramentów, jednak był przy tym też bardzo ostrożny.
Słuchała słów, które padały z ust Sebastiana, była też wyjątkowo skupiona, aby nie popsuć tej części ceremonii. Nie zamierzała pozwolić, aby coś ją rozproszyło. Nie zauważała stojąc na ołtarzu tych drobnych zmian, które działy się w otoczeniu, kiedy Macmillan wykonywał swoje modły do żywiołów. Czuła jednak, że wszystko dzieje się w zgodzie ze wszechświatem, towarzyszył jej wyjątkowy spokój, miała pewność, że to co robią jest właściwe. Nigdy nie była szczególnie wierząca, jednak nawet na kimś takim jak ona robiło to ogromne wrażenie, ten rytm w którym się odnajdywali.
Gdy kapłan wspomniał o świeczce, wykonała jego polecenie, uniosła ją w górę - jak nakazał, spoglądała przy tym na swojego męża, bo już chyba mogła tak nazywać Ambroise'a, no, nie spodziewała się, aby w tym momencie coś mogło pójść nie po ich myśli, już praktycznie mieli to za sobą. Zapalili świecę wspólnie, i przeszli do dalszej części wydarzenia.
Powtórzyła słowa oficjalnej przysięgi za Sebastianem, Cornelius wręczył im obrączki, które wsunęli na swoje palce. Stało się, zostali rodziną, już nie tylko w swoich oczach, ale też Matki i wszystkich ludzi tutaj obecnych.
Zwieńczeniem obrządku miał być ich pocałunek, którym mieli przypieczętować więź, która właśnie ich połączyła. Zbliżyła się do Greengrassa, oczy jej błyszczały, była szczęśliwa, tak zwyczajnie, że po tej dosyć krętej drodze, jaką przeżyli w końcu znaleźli się w tym miejscu. Zasługiwali na to, aby wreszcie sięgnąć po to, co było im pisane. Pocałowała go, a może to on ją? Czy to było istotne, chyba nie. Zaabsorbowana swoim mężem, zbyt rozproszona, aby zauważyć co się wydarzy, nie zdążyła zareagować na podmuch wiatru. Welon, który miała wpięty we włosy zaczął tańczyć na wietrze. Odfrunął gdzieś daleko. To był jakiś znak, być może, na pewno? W końcu nic nie działo się bez przyczyny.
Odsunęła się o krok do Roise'a, uśmiechała się do niego samoistnie, była naprawdę szczęśliwa, że w końcu im się udało. Z chwilowego zapatrzenia wyrwał ją głośny dźwięk odsuwającego się krzesła, wróciła do rzeczywistości, znowu zaczęła zauważać ludzi, którzy znajdowali się wokół nich.
Gerard znalazł się przed nią z łukiem i kołczanem, odziany wyjątkowo, tego na pewno nie można mu było odmówić. Yaxley doceniała to, że tak się naszykował na to wydarzenie, być może dla niektórych jego strój mógł się wydawać nieco ekscentryczny, również niewygodny, jednak ona wiedziała, że zrobił to dla tego, iż ten dzień był dla niego ważny. Okazywał to, jak potrafił. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, na co teraz pora. Był to moment, w którym mieli rozpocząć tę mniej oficjalną część ceremonii. Mrugnęła do ojca porozumiewawczo przejmując od niego broń, która właściwie w tej chwili nie miała pełnić swojej głównej funkcji.
Wyciągnęła jedną ze strzał, przygotowaną specjalnie na to wydarzenie, zbliżyła grot do ceremonialnej świecy, aby zajął się ogniem. Gdy do tego doszło napięła cięciwę łuku, wyprostowała się przy tym, była skupiona, jednak nie sądziła, że jej umiejętności mogłyby ją zawieść, nie gdy sięgała po jedną z ulubionych broni. Bez zbędnych ceregieli, zwlekania napięła cięciwę łuku, by oddać strzał w stronę ogniska, które miało zająć się ogniem, pierwsze które dzisiaj zapłonęło, jak nakazywała tradycja rozpalone przez pannę młodą.