Lestrange nie musiała sięgać po słowa, wystarczyło porozumiewawcze spojrzenie, by Jennifer doskonale wiedziała do czego zmierza. Niestety pewne rzeczy pozostawały poza zasięgiem jej wpływu, chociaż bardzo chciałaby, aby było inaczej. Przez lata małżeństwa z Gerardem nauczyła się jednak przymykać oczy na niektóre z jego dziwactw, starała się pokazywać, że jej one nie ruszają, bo cóż innego mogła zrobić?
Nie dało się jednak nie zauważyć, że Yaxley wyróżniał się na tle innych gości, nawet reszty myśliwych, którzy znaleźli się na tym wydarzeniu, zdecydowanie wszyscy będą zdawać sobie sprawę z tego, że jest ojcem panny młodej. Być może wzrostem nie zwracał na siebie uwagi, na ceremonii znalazło się bowiem bardzo wiele osób ponadprzeciętnego wzrostu (Yaxleyowie już tak mieli), jednak jego barwny ubiór powodował, że nie dało się go nie dostrzec.
Jennifer wypełniła swoją rolę w pierwszym z rytuałów, zajęła swoje miejsce ponownie, tuż obok Lestrange, by chwilę później posłać niezbyt przyjemne spojrzenie w stronę opiekunów dziecka, które rozpraszało uwagę. Wpatrywała się w nich dłuższą chwilę, a później jej wzrok znowu skierował się w stronę ołtarza, gdzie miało dojść do kolejnego obrzędu.
Kapłan mówił pięknie, nie można mu było nic zarzucić, jego przemowa wydawała się Jennifer wyjątkowa na tle wszystkich innych, które miała szansę usłyszeć podczas swojego już dosyć długiego życia. Gdy wspomniał o ziemi, miała wrażenie, że grunt pod nogami jej zadrżał, później pojawiły się krople wody, ciepły wiatr, płomień świec uniósł się wysoko. Przeniosła spojrzenie na Ursulę. Uśmiechnęła się do niej krótko, co miało być niemym komunikatem o tym, że im się udało. Wszystkie znaki świadczyły o tym, że ceremonia przebiegła idealnie, natura również zaakceptowała to połączenie rodzin, być może dość nietypowe, czy aby jednak na pewno? Jakby nie patrzeć i jedni i drudzy byli bardzo blisko z naturą.
Jeden z silniejszych podmuchów wiatru poderwał nieco jej sukienkę, dosyć szybko ugładziła ją dłonią, by nie daj Merlinie nie odsłonił czegoś, czego nie powinien. Dostrzegła cień kapłana, nieco nienaturalny, który tańczył na ołtarzu. Młodzi wymienili obrączki, był to gest pieczętujący zawarcie ceremonii ten oficjalny, jeden z wielu, bo później doszło do tego bardziej symbolicznego, którym był pocałunek. Oczy jej się zaczerwieniły widząc, jacy są szczęśliwi. Welon Geraldine uniósł się nad ziemię, ze swojego miejsca nie miała szansy zareagować, tak właściwie chyba nie powinna? Wiatr, jeden z żywiołów postanowił się odezwać, pokazać swoją siłę. Miała wrażenie, że w tym też było coś symbolicznego.
Gerard uniósł się z krzesła, miała wrażenie, że ziemia pod nimi zadrżała, nie był szczególnie delikatny w swoich gestach. Odprowadziła go wzrokiem. Cóż bywały momenty, jak te, kiedy umiejętności jej córki, którymi na co dzień raczej nie była zachwycona mogły okazać się przydatne, przynajmniej mieli pewność, że nie trafi przypadkiem w kogoś z gości, bo po ojcu odziedziczyła te wszystkie umiejętności myśliwskie. - Piękna to była ceremonia. - Szepnęła cicho do Ursuli, czekając aż strzała, którą Geraldine trzymała w dłoni w końcu rozpali ognisko. Oczywiście Jennifer wiedziała, że było to ich wspólną zasługą, wszystkich najbliższych, którzy postanowili się zaangażować w przygotowania no i oczywiście kapłana, który zdecydowanie był chyba jakimś liderem wśród pracowników kowenu, bo wyjątkowo miło się go słuchało.