15.10.2025, 11:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2025, 18:13 przez Millie Moody.)
Wytrwała wstęgi. To najważniejsze. Obcasy piły ją niemiłosiernie, zastanawiała się przez moment dłuższego błogosławieństwa wypowiadanego przez którąś ze starszych czystokrwistych ciotek, czy po pierwszym kwadransie wesela, jej trzewiki nie będą już czerwone.
Stres rozchodził się po barkach, znikał całkiem skutecznie wypędzony monotonią ceremoniału. Jedyne co niosło jej pociechę to odrealnione szczęście i spokój obmalowujące się na twarzy przyjaciółki. A więc to już. Po tylu latach, po tym całym zamieszaniu, szukaniu... Niektórzy mogliby powiedzieć, że ta decyzja była nagła, ale czyż Spalona nie pomagała w zrozumieniu, że życie jest zbyt krótkie by czekać? By sprawdzać się bardziej? Z resztą, oni to już byli sprawdzeni. Długo się sprawdzali, a jeśli teraz jedno na drugie patrzyło z takim uczuciem? Pozostawało się cieszyć. Tak po prostu.
Gdy więc kapłan w końcu przemówił, gdy przypieczętował ich los żywiołom, a światło świecy rozpromieniło twarze... Nie sposób było się nie uśmiechnąć, a Moody zaczęła żałować, że nie ma swojego szkicownika, aby na szybko chociaż nakreślić... Nagle przypomniała sobie o dostępie do myślodsiewnej, o tym, że będzie mogła wrócić do tego momentu, to tej chwili i może nie dziś, ale niedługo dać pannie młodej coś, co będzie milsze niż cokolwiek dla niej zrobiła do tej pory. Przesunęła się nieco, korzystając z wąskiego zakresu miejsca, żeby wyłapać najlepszy kąt, najlepsze ułożenie światła, ten idealny moment. Cóż... miała do tego najlepsze miejsce.
I gdy wszystko było już dopięte, nagle wiatr zerwał welon i Moody, ha... jak rewolwerowiec miała różdżkę w dłoni, a szybkie zaklęcie translokacji załatwiłoby sprawę. Czy to nie jej zadanie właśnie, by powstrzymać takie sytuacje? By dbać, żeby welon wyglądał zawsze idealnie? Tymczasem jednak uderzenie serca później rozluźniła dłoń, widząc reakcję Ger i zachwyt ludzi wodzący wzorkiem za tańczącą na nieboskłonie bielą. Ulotność. Niewinność. Szczęście.
I jakoś było tak, że ten jeden uciekający welon zdawał jej się piękniejszy niż te wszystkie wstęgi. Uśmiechnęła się do niego, chowając różdżkę na powrót do swojej kwiaciastej "kabury" na moment odwracając się do tłumu, już bez pierwszej tremy, bez tego lęku, szukając jednej kędzierzawej głowy, która gdzieś tam była pośród tego tłumu, która gdzieś tam może myślała sobie o małej obietnicy, którą złożyli sobie z początku miesiąca. Głupie gadanie, śmieszne słowa. Czy rzeczywiście za 10 lat zostałby jej mężem, gdyby do tego czasu nie mieli nikogo? Czy jej kuzyn i im by mówił takie szumne słowa, czy i jej welon uciekłby w niebo? Czy przyszłoby dwieście osób, a może tylko dwadzieścia? Czy byłby wydzieczony za związek ze szczurem, czy jego rodzina zrobiłaby dla niej wyjątek?
Czy oboje w ogóle dożyją tego czasu?
Twarz Miles stężała, a czułostka stała się igłą wbijaną pod paznokcie. Jeśli ją zauważył, pomachałaby mu sztywno i odwróciła się do młodych pojąc oczy ich widokiem. Niektórzy zasługiwali na szczęśliwie zakończenie. Niektórzy nie.
– Ładniej Ci w rozpuszczonych – powiedziała do Geraldine, choć nie była pewna, czy panna młoda w emocjach usłyszy jej słowa. Z łukiem wyglądała bardziej jak ona. Adekwatnie.
Głupi makijaż. Teraz nie była pewna, czy ciemna smuga nie zakwitnie pod jej oczyma. Otarła się pospiesznie palcami, po czym rzuciła jeszcze do Corneliusa krótkie kontrolne pytanie:
– Nie rozmazałam się, prawda?
Stres rozchodził się po barkach, znikał całkiem skutecznie wypędzony monotonią ceremoniału. Jedyne co niosło jej pociechę to odrealnione szczęście i spokój obmalowujące się na twarzy przyjaciółki. A więc to już. Po tylu latach, po tym całym zamieszaniu, szukaniu... Niektórzy mogliby powiedzieć, że ta decyzja była nagła, ale czyż Spalona nie pomagała w zrozumieniu, że życie jest zbyt krótkie by czekać? By sprawdzać się bardziej? Z resztą, oni to już byli sprawdzeni. Długo się sprawdzali, a jeśli teraz jedno na drugie patrzyło z takim uczuciem? Pozostawało się cieszyć. Tak po prostu.
Gdy więc kapłan w końcu przemówił, gdy przypieczętował ich los żywiołom, a światło świecy rozpromieniło twarze... Nie sposób było się nie uśmiechnąć, a Moody zaczęła żałować, że nie ma swojego szkicownika, aby na szybko chociaż nakreślić... Nagle przypomniała sobie o dostępie do myślodsiewnej, o tym, że będzie mogła wrócić do tego momentu, to tej chwili i może nie dziś, ale niedługo dać pannie młodej coś, co będzie milsze niż cokolwiek dla niej zrobiła do tej pory. Przesunęła się nieco, korzystając z wąskiego zakresu miejsca, żeby wyłapać najlepszy kąt, najlepsze ułożenie światła, ten idealny moment. Cóż... miała do tego najlepsze miejsce.
I gdy wszystko było już dopięte, nagle wiatr zerwał welon i Moody, ha... jak rewolwerowiec miała różdżkę w dłoni, a szybkie zaklęcie translokacji załatwiłoby sprawę. Czy to nie jej zadanie właśnie, by powstrzymać takie sytuacje? By dbać, żeby welon wyglądał zawsze idealnie? Tymczasem jednak uderzenie serca później rozluźniła dłoń, widząc reakcję Ger i zachwyt ludzi wodzący wzorkiem za tańczącą na nieboskłonie bielą. Ulotność. Niewinność. Szczęście.
I jakoś było tak, że ten jeden uciekający welon zdawał jej się piękniejszy niż te wszystkie wstęgi. Uśmiechnęła się do niego, chowając różdżkę na powrót do swojej kwiaciastej "kabury" na moment odwracając się do tłumu, już bez pierwszej tremy, bez tego lęku, szukając jednej kędzierzawej głowy, która gdzieś tam była pośród tego tłumu, która gdzieś tam może myślała sobie o małej obietnicy, którą złożyli sobie z początku miesiąca. Głupie gadanie, śmieszne słowa. Czy rzeczywiście za 10 lat zostałby jej mężem, gdyby do tego czasu nie mieli nikogo? Czy jej kuzyn i im by mówił takie szumne słowa, czy i jej welon uciekłby w niebo? Czy przyszłoby dwieście osób, a może tylko dwadzieścia? Czy byłby wydzieczony za związek ze szczurem, czy jego rodzina zrobiłaby dla niej wyjątek?
Czy oboje w ogóle dożyją tego czasu?
Twarz Miles stężała, a czułostka stała się igłą wbijaną pod paznokcie. Jeśli ją zauważył, pomachałaby mu sztywno i odwróciła się do młodych pojąc oczy ich widokiem. Niektórzy zasługiwali na szczęśliwie zakończenie. Niektórzy nie.
– Ładniej Ci w rozpuszczonych – powiedziała do Geraldine, choć nie była pewna, czy panna młoda w emocjach usłyszy jej słowa. Z łukiem wyglądała bardziej jak ona. Adekwatnie.
Głupi makijaż. Teraz nie była pewna, czy ciemna smuga nie zakwitnie pod jej oczyma. Otarła się pospiesznie palcami, po czym rzuciła jeszcze do Corneliusa krótkie kontrolne pytanie:
– Nie rozmazałam się, prawda?
Sztuki plastyczne I, żeby uzyskać najlepszy "kadr" do późniejszego malowania