- Nie da się ukryć, że ma gadane, ale wygląda, jakby wierzył w te słowa, może ćwiczył dużo przed lustrem. - Albo coś brał... żeby tak wzniośle i filozoficznie mówić, dolewał sobie wina do wody, albo zmieniał wodę w wino, czytała kiedyś o takim jednym co tak potrafił. Kto wie, jakie sztuczki magiczne były jego konikiem. Potraifł jednak zrobić wrażenie, bez względu na to czym to była spowodowana ta jego filozoficzna mowa, czy się czymś wspomagał, czy nie, czy udział w tym miały te kadzidła, których zapach roztaczał się po okolicy? Pewnie nigdy się tego nie dowiedzą.
- Kto wie, może już się tam znajduje, miałeś ostatnio jakąś broszurę kowenu w dłoniach? - Mówiła bardzo cicho, lekko unosząc głowę, aby jej słowa trafiały wprost do ucha Fenwicka. Spodziewała się, jaką odpowiedź usłyszy na to pytanie, raczej tak jak i ona nie należał do osób, które zbyt często, o ile wcale pojawiały się w miejscu o którym mówili, a broszury można było dostać chyba głównie tam.
Kapłan był bardzo zaangażowany w prowadzenie ceremonii, a to się ceniło, gdyby tylko każdy tak bardzo przykładał się do swojej pracy... to pewnie wszystkim żyłoby się dużo prościej na tym świecie. Prue była naprawdę zdziwiona tym, jak charyzmatyczny był mężczyzna stojący na ołtarzu, wzniosłe słowa wydawały się same płynąć z jego ust.
- Zapewne coś w tym jest, albo miał je połamane, takie rzeczy też się pamięta. - Zbyt silny uścisk dłoni mógł ze sobą nieść naprawdę różne konsekwencje, a kiedy ktoś tak o nim wspominał samo nasuwało to różne ewentualności, jakie mogły temu towarzyszyć, zwłaszcza gdy znało się zainteresowania panny młodej, a o niej już co nieco słyszała od Benjy'ego, czy Ambroise'a.
Wpatrywała się w ołtarz podziwiając ceremonię, nie można było odmówić temu, że wyglądało to niesamowicie, bez względu na to, czy ktoś wierzył w tradycję, czy też nie. Rytuał sam w sobie wprowadzał bardzo uroczystą i mistyczną atmosferę. W końcu skończyli zaplatać wstęgi, to nie był jednak koniec, rozpoczął się kolejny obrządek.
Cztery żywioły o których wspominał Sebastian najwyraźniej postanowiły się odezwać, bo co innego mogło oznaczać to drżenie ziemi, kilka kropel wody, które poczuła na swojej twarzy, ciepły wiatr który pojawił się znikąd, czy płomienie ognia, które zaczęły wzbijać się jakoś nienaturalnie nad świece? Naprawdę bardzo łatwo było uwierzyć w to, że faktycznie wydarzyło się tu coś więcej, coś nienamacalnego, być może Matka postanowiła pokazać swoją aprobatę dla tego, co działo się na ołtarzu.
Czy mogła być to sztuczka kapłana? Oczywiście, kto wie do czego był zdolny, aby ludzie uwierzyli w jego słowa, by uznali to co mówi za prawdziwe. Nie było to jednak szczególnie istotne dla Prue, całość rysowała się bowiem całkiem ładnie i spójnie, miło było popatrzeć na coś takiego jako obserwator. Rzadko kiedy bowiem bywała na takich wydarzeniach towarzyskich, a na pewno nigdy jeszcze nie była na aż tak wielkim ślubie.
- Myślisz, że nie ma żadnego, ciekawszego zajęcia? - Rzuciła cicho, chociaż naprawdę trudno było oprzeć się wrażeniu, że faktycznie tak było, że to co działo się wokół nich było prawdziwe. Być może miłość i nowa wspólnota serc wcale nie była jej taka obojętna, jakby się mogło wydawać.
Kiedy dochodziło do tego symbolicznego połączenia młodych zerwał się silniejszy wiatr, Bletchley wcześniej dostrzegła nienaturalny cień Sebastiana, teraz jednak podmuch pozbawił pannę młodą welonu. Było to naprawdę dziwne, czy tylko ona tak uważała? Nie wydawało jej się, aby kapłan celowo sięgał po takie drastyczne środki, by jego przedstawienie było jeszcze bardziej wiarygodne, to musiało być coś innego.
- Każdy ma jakieś granice. - Być może Matka je dostrzegała i stwierdziła, że to odpowiedni moment, aby przypomnieć o tym, kim była Yaxleyówna. Prue uniosła wzrok, wpatrywała się w oddalający się w powietrzu welon ślubny, który zdecydowanie nie wyglądał, jakby zamierzał wrócić na ziemię. Nikt nie wydawał się jednak tym jakoś szczególnie przejmować.
Opuściła wzrok gdy usłyszała przesuwające się krzesło. Szukała spojrzeniem miejsca, z którego dochodził dźwięk, zakładała, że to zwiastowało kolejną część ceremonii. Tak też się stało. Mężczyzna, który prowadził pannę młodą, była całkiem pewna, że to Gerard Yaxley podniósł się i ruszył w kierunku ołtarza trzymając w dłoni łuk i kołczan. Ciekawe. O tej części ceremonii nie czytała. Gdy zobaczyła pannę młodą z łukiem w dłoni i płonącą strzałą, cóż - nieco się zdziwiła. Wpatrywała się w jej kierunku z zaciekawieniem. - Mówisz? W sumie ten łuk przez cały czas tam był... - Co by sugerowało, że można nim było postraszyć kogo trzeba, jeśli tylko pojawiłaby się taka potrzeba.
Później płonąca strzała pomknęła w powietrzu. - To było całkiem odważne. - Powiedziała ponownie bardzo cicho, aby tylko Benjy mógł ją usłyszeć. Strzelanie z łuku, gdy wokół znajdowało się tyle osób... w oczach Prue było nawet nieco brawurowym posunięciem, aczkolwiek rozpalenie ogniska w ten sposób na pewno było bardzo efektowne.
nici: Benjy-Prue; fuksja - bardziej w kierunku pożądania niż nieskalanej miłości
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control