15.10.2025, 17:23 ✶
Nie zamierzała dać mu tej satysfakcji - choć przez ułamek sekundy, gdy napięcie sięgnęło zenitu, naprawdę miała ochotę uderzyć go w policzek. Powstrzymała się nie dlatego, że się bała, ale dlatego, że byłby to gest emocji, a ona nie pozwalała sobie na impulsy. Nie pozwoliła mu wytrącić się z równowagi. Potrafiła utrzymać nerwy na wodzy, nawet jeśli w środku gotowało się w niej jak w tyglu. Każdy mięsień jej ciała był napięty, lecz postawa pozostała nienaganna.
- Ależ nie, oświeć mnie - wypaliła, unosząc wyzywająco podbródek. Oczy miała zwężone, a wargi zaciśnięte w cienką linię. Wzięła powoli oddech, by powstrzymać się od zbyt gwałtownej reakcji.
Czy wierzyła, że zrobiłby coś tak prymitywnego? Oczywiście, że tak. Na pewno miał być to bardzo śmieszny żart, kosztem jej reputacji. Miałaby zignorować dowody, które były tuż przed nią? Uwierzyć mu na słowo? Niedoczekanie.
- Nie wierzę ci - zdecydowała, mierząc go wzorkiem. To wszystko byłoby zbyt dużym zbiegiem okoliczności. Próbował się bronić tylko dlatego, że został wykryty. - Uważam, że naprawdę chciałeś podarować obraz mamie i wykorzystałeś ten moment, żeby zabawić się moim kosztem - mówiła chłodno, z wyraźnym dystansem, jakby każde słowo musiała przez chwilę zważyć, by nie przelać w nie całego gniewu. Nie pozwoliła, by jego kpina ją dotknęła. Nawet jeśli wewnątrz wszystko w niej pulsowało - urażona duma, złość i to irytujące poczucie, że on znów próbuje ją sprowadzić do roli rozkapryszonej dziewczyny z przeszłości. Wyprostowała się jeszcze bardziej, jakby samą postawą chciała udowodnić, że nie miała w sobie nic z tamtej dziewczyny.
Smoczognik pozostał czujny, choć odpuścił bojową postawę, gdy mężczyzna wycofał się z jej przestrzeni osobistej. Astoria nie spuszczała z niego wzroku, pozwalając, by w jej spojrzeniu odbiła się cała pewność siebie, jaką potrafiła zbudować przez lata.
- Zgadza się. Niewidoczna gołym okiem. Co oczywiście ma sens, nie chciałeś, żebym od razu się poznała - próbował ją oszukać, to oczywiste. Na dodatek był na tyle bezczelny, by odwracać kota ogonem i oskarżać ją o fałszowanie dokumentów. Gdyby nie byli w jej służbowym środowisku, ta rozmowa potoczyłaby się całkowicie inaczej. Teraz chciała zachować jakieś resztki profesjonalizmu. Nie pierwszy raz ktoś przyniósł do analizy fałszywkę, jednak Rodolphus chciał zamydlić jej oczy, przekazać galerii podrobiony obraz, a na wszystkich dokumentach widniałoby jej nazwisko - dlatego tak się wściekała.
Powoli zamknęła pergaminy w ciężkiej teczce oprawionej skórą. Zamykając klapę, przesunęła pieczęć, by jej odbicie odbłysło w świetle lampy; następnie odwróciła się i ostentacyjnie położyła teczkę przed nim na biurku, tak by jej gest był równie jednoznaczny jak treść dokumentów.
- Nie potrzebuję dowodów. Potrzebuję, żebyś opłacił rachunek za moją pracę i wynosił się stąd. Razem ze swoimi obrazami.
Jej postawa nie zmieniła się: prosta sylwetka, spojrzenie stalowe jak ostrze, pogardliwe. W środku kłębiła się złość, ale nie pozwoliła, by wybuchła; kontrola była dla niej ważniejsza.
- Ależ nie, oświeć mnie - wypaliła, unosząc wyzywająco podbródek. Oczy miała zwężone, a wargi zaciśnięte w cienką linię. Wzięła powoli oddech, by powstrzymać się od zbyt gwałtownej reakcji.
Czy wierzyła, że zrobiłby coś tak prymitywnego? Oczywiście, że tak. Na pewno miał być to bardzo śmieszny żart, kosztem jej reputacji. Miałaby zignorować dowody, które były tuż przed nią? Uwierzyć mu na słowo? Niedoczekanie.
- Nie wierzę ci - zdecydowała, mierząc go wzorkiem. To wszystko byłoby zbyt dużym zbiegiem okoliczności. Próbował się bronić tylko dlatego, że został wykryty. - Uważam, że naprawdę chciałeś podarować obraz mamie i wykorzystałeś ten moment, żeby zabawić się moim kosztem - mówiła chłodno, z wyraźnym dystansem, jakby każde słowo musiała przez chwilę zważyć, by nie przelać w nie całego gniewu. Nie pozwoliła, by jego kpina ją dotknęła. Nawet jeśli wewnątrz wszystko w niej pulsowało - urażona duma, złość i to irytujące poczucie, że on znów próbuje ją sprowadzić do roli rozkapryszonej dziewczyny z przeszłości. Wyprostowała się jeszcze bardziej, jakby samą postawą chciała udowodnić, że nie miała w sobie nic z tamtej dziewczyny.
Smoczognik pozostał czujny, choć odpuścił bojową postawę, gdy mężczyzna wycofał się z jej przestrzeni osobistej. Astoria nie spuszczała z niego wzroku, pozwalając, by w jej spojrzeniu odbiła się cała pewność siebie, jaką potrafiła zbudować przez lata.
- Zgadza się. Niewidoczna gołym okiem. Co oczywiście ma sens, nie chciałeś, żebym od razu się poznała - próbował ją oszukać, to oczywiste. Na dodatek był na tyle bezczelny, by odwracać kota ogonem i oskarżać ją o fałszowanie dokumentów. Gdyby nie byli w jej służbowym środowisku, ta rozmowa potoczyłaby się całkowicie inaczej. Teraz chciała zachować jakieś resztki profesjonalizmu. Nie pierwszy raz ktoś przyniósł do analizy fałszywkę, jednak Rodolphus chciał zamydlić jej oczy, przekazać galerii podrobiony obraz, a na wszystkich dokumentach widniałoby jej nazwisko - dlatego tak się wściekała.
Powoli zamknęła pergaminy w ciężkiej teczce oprawionej skórą. Zamykając klapę, przesunęła pieczęć, by jej odbicie odbłysło w świetle lampy; następnie odwróciła się i ostentacyjnie położyła teczkę przed nim na biurku, tak by jej gest był równie jednoznaczny jak treść dokumentów.
- Nie potrzebuję dowodów. Potrzebuję, żebyś opłacił rachunek za moją pracę i wynosił się stąd. Razem ze swoimi obrazami.
Jej postawa nie zmieniła się: prosta sylwetka, spojrzenie stalowe jak ostrze, pogardliwe. W środku kłębiła się złość, ale nie pozwoliła, by wybuchła; kontrola była dla niej ważniejsza.