16.10.2025, 16:58 ✶
Philomena nie potępiała przemocy samej w sobie, jako doraźnego środka zaradczego, lecz nigdy nie postrzegała jej jako ostatecznego celu. Śniła o społeczeństwie nakręconym niczym tryby najprecyzyjniejszego zegara; takim społeczeństwie, w którym nie ma miejsca na bunt wymagający tłumienia go przemocą. Była perfekcjonistką. Świat winien być uporządkowany tak, jak ona starała się obsesyjnie porządkować wszystko wokół siebie. Przemoc i wojna zaś prowadziły za sobą zawsze nieunikniony chaos, który drażnił staruchę tym, jak łatwo i dynamicznie sprawy wymykały się kontroli. Jako że jednak uważała się przy tym za człowieka rozsądnego, musiała realistycznie oceniać sytuację. Nie przekreślała toteż w imię idealizmu potencjalnie użytecznych okoliczności, nawet jeśli nie zgadzały się w pełni z jej poglądami.
O tym, że Alexander nosi się w czarnych śmierczożerczych mundurach, również Mulciberowa wiedziała. Jakikolwiek pokaz siły Louvaina nie wywarłby więc wrażenia, a z pewnością nie samym elementem zaskoczenia.
— Granica powinna zostać im wskazana. Systemowo — uściśliła Philomena, zawieszając na Louvainie ciężkie spojrzenie. — Głęboko liczę, że nie oddaliliśmy się po ostatnich wydarzeniach od wprowadzenia stosownych zmian do stanu prawnego.
Philomena Mulciber lubiła myśleć, że efektem jej działań był fakt, że nawet jeśli nie wydarzała się spektakularna przemiana, przynajmniej było mniej źle. Dbała o to, aby wciąż przypominać z niezachwianym uporem o tradycji, niczym zacięta płyta obracająca od dziesiątek lat te same hasła. Utrzymywała je przy życiu, aby dychały, póki ona dychała, choćby i licha była to egzystencja.
Temat demokracji i ustroju taktycznie przemilczmy, bo — jak się okazuje — rozmawiamy o nieistniejącym jeszcze systemie politycznym. Louvain debil, ale Philomena też. Tak się zdarza. Zostawmy to na lepsze czasy i skupmy się na nienawiści.
Propozycja złożona przez Lestrange’a była projektem potencjalnie wartościowym. Brakowało w przestrzeni medialnej pisma, które głosiłoby czyste ideowo hasła i nie dawało miejsca niebezpiecznym progresywnym ideologom. Nie był to Prorok, w którym dbali o wydumany pluralizm i drukowali wszystko po kolei. Podobnież sprawa przedstawiała się z Horyzontami Zaklęć. Pozostała zaś prasa była niegodna uwagi.
Piękna idea. Było jedno ale.
— Panie Lestrange. — Staruszka zaniosła się śmiechem, jakby opowiedziano jej właśnie wyborny żart. — Panie Lestrange — powiedziała to pobłażliwie tak, jakby dawała mu szansę, aby wycofał się ze swoich słów i nazwał je nieudanym dowcipem; w jej głosie wciąż rezonowało echo śmiechu. — Pokój przez ustępstwa?
Nie trzeba było wiele spostrzegawczości, aby wywnioskować, że był to punkt, którego nie odpuści. Musiał zniknąć bądź zmienić swoje brzmienie, co stara po chwili rozwinęła, na wypadek gdyby tliła się jeszcze w czarodzieju jakaś wątpliwość.
— Niechże pan mnie wyprowadzi z błędu. Czy przychodzi pan do mnie, prosząc o pomoc w ułożeniu aktu kapitulacji? — Wesołość zniknęła. Ton był surowy i nieustępliwy; Philomena wprost strofowała i pouczała naiwnego paniczyka. — Należy prowadzić narrację promującą siłę czystokrwistych rodów, nie czyniącą z nich bezwolnych wykonawców woli Voldemorta. Czystość krwi to duma i siła. Jakże do tej godności miałoby się odnosić powszechne nawoływanie do ugięcia karku przed terrorystą? — Mentalność niewolnika, chciałoby się rzec. — Od lat chce nam się odebrać naszą godność i pozycję, zdeptać wartości naszego dziedzictwa, a pan śmie sugerować, abyśmy wyrzucili dumę sami i złożyli hołd wywrotowcowi. To absurd — ucięła oburzona.
Czy to właśnie był ów młody człowiek, o którym Lorien wyrażała się tak przychylnie i chciała go mieć przy sobie? Wiele widać było przed Crouchówną pracy, jeśli rzeczywiście planowała uczynić Louvaina Lestrange’a godnym mianowania się jej protegowanym. Philomena zapamiętała, aby koniecznie poruszyć z sędzią ów bulwersujący temat przy najbliższej nadarzającej się okazji.
— Czy doprawdy chce pan być zapamiętany jako człowiek, który sprzedał honor swoich braci krwi? Niezależnie od tego, czy Voldemort służy sprawie, czy też nie, z tym tylko będzie kojarzone pańskie ustępstwo. — Philomena, do tej pory trzymająca złożone dłonie na biurku i przechylona w stronę gościa, cofnęła się teraz i oparła o plecy swojego fotela, unosząc wyniośle głowę. To nie był punkt do negocjacji. Odpowiedzią mogło być wyłącznie tak lub nie.
O tym, że Alexander nosi się w czarnych śmierczożerczych mundurach, również Mulciberowa wiedziała. Jakikolwiek pokaz siły Louvaina nie wywarłby więc wrażenia, a z pewnością nie samym elementem zaskoczenia.
— Granica powinna zostać im wskazana. Systemowo — uściśliła Philomena, zawieszając na Louvainie ciężkie spojrzenie. — Głęboko liczę, że nie oddaliliśmy się po ostatnich wydarzeniach od wprowadzenia stosownych zmian do stanu prawnego.
Philomena Mulciber lubiła myśleć, że efektem jej działań był fakt, że nawet jeśli nie wydarzała się spektakularna przemiana, przynajmniej było mniej źle. Dbała o to, aby wciąż przypominać z niezachwianym uporem o tradycji, niczym zacięta płyta obracająca od dziesiątek lat te same hasła. Utrzymywała je przy życiu, aby dychały, póki ona dychała, choćby i licha była to egzystencja.
Temat demokracji i ustroju taktycznie przemilczmy, bo — jak się okazuje — rozmawiamy o nieistniejącym jeszcze systemie politycznym. Louvain debil, ale Philomena też. Tak się zdarza. Zostawmy to na lepsze czasy i skupmy się na nienawiści.
Propozycja złożona przez Lestrange’a była projektem potencjalnie wartościowym. Brakowało w przestrzeni medialnej pisma, które głosiłoby czyste ideowo hasła i nie dawało miejsca niebezpiecznym progresywnym ideologom. Nie był to Prorok, w którym dbali o wydumany pluralizm i drukowali wszystko po kolei. Podobnież sprawa przedstawiała się z Horyzontami Zaklęć. Pozostała zaś prasa była niegodna uwagi.
Piękna idea. Było jedno ale.
— Panie Lestrange. — Staruszka zaniosła się śmiechem, jakby opowiedziano jej właśnie wyborny żart. — Panie Lestrange — powiedziała to pobłażliwie tak, jakby dawała mu szansę, aby wycofał się ze swoich słów i nazwał je nieudanym dowcipem; w jej głosie wciąż rezonowało echo śmiechu. — Pokój przez ustępstwa?
Nie trzeba było wiele spostrzegawczości, aby wywnioskować, że był to punkt, którego nie odpuści. Musiał zniknąć bądź zmienić swoje brzmienie, co stara po chwili rozwinęła, na wypadek gdyby tliła się jeszcze w czarodzieju jakaś wątpliwość.
— Niechże pan mnie wyprowadzi z błędu. Czy przychodzi pan do mnie, prosząc o pomoc w ułożeniu aktu kapitulacji? — Wesołość zniknęła. Ton był surowy i nieustępliwy; Philomena wprost strofowała i pouczała naiwnego paniczyka. — Należy prowadzić narrację promującą siłę czystokrwistych rodów, nie czyniącą z nich bezwolnych wykonawców woli Voldemorta. Czystość krwi to duma i siła. Jakże do tej godności miałoby się odnosić powszechne nawoływanie do ugięcia karku przed terrorystą? — Mentalność niewolnika, chciałoby się rzec. — Od lat chce nam się odebrać naszą godność i pozycję, zdeptać wartości naszego dziedzictwa, a pan śmie sugerować, abyśmy wyrzucili dumę sami i złożyli hołd wywrotowcowi. To absurd — ucięła oburzona.
Czy to właśnie był ów młody człowiek, o którym Lorien wyrażała się tak przychylnie i chciała go mieć przy sobie? Wiele widać było przed Crouchówną pracy, jeśli rzeczywiście planowała uczynić Louvaina Lestrange’a godnym mianowania się jej protegowanym. Philomena zapamiętała, aby koniecznie poruszyć z sędzią ów bulwersujący temat przy najbliższej nadarzającej się okazji.
— Czy doprawdy chce pan być zapamiętany jako człowiek, który sprzedał honor swoich braci krwi? Niezależnie od tego, czy Voldemort służy sprawie, czy też nie, z tym tylko będzie kojarzone pańskie ustępstwo. — Philomena, do tej pory trzymająca złożone dłonie na biurku i przechylona w stronę gościa, cofnęła się teraz i oparła o plecy swojego fotela, unosząc wyniośle głowę. To nie był punkt do negocjacji. Odpowiedzią mogło być wyłącznie tak lub nie.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia