Geraldine nie przejęła się specjalnie welonem odfruwającym w siną dal, nigdy nie przykładała szczególnej wagi do tego, jak się prezentowała. Zapewne powinna spojrzeć na matkę i ciocię Ulę, jednak tego nie zrobiła, wierzyła, że zrozumieją, że nie zależało to od niej, no i do tego była aktualnie nieco zajęta... normalnie pewnie nie miałaby problemu ze złapaniem go w locie, ale właśnie pieczętowała swój własny związek małżeński pocałunkiem. Musiały jej to wybaczyć.
Później wszystko wydarzyło się jeszcze szybciej niż wcześniej (o ile w ogóle to było możliwe), ojciec, łuk, strzała, szybkie podpalenie stosu, które zakończyło się płonącym ogniskiem. Nie mogło być inaczej, czyż nie? Do tego właśnie była stworzona, podczas tej całej ceremonii to był moment, w którym czuła się najpewniej, jej mięśnie reagowały odruchowo, były wyuczone precyzji, w końcu Geraldine od najmłodszych lat biegała po lasach z łukiem w ręce.
Gdy wypełniła swoją powinność, Roise podszedł do niej i wziął ją na ręce. Udało mu się to całkiem zgrabnie, chociaż Geraldine miała świadomość, że nie należała do najlżejszych osób, była kupą mięśni, na co miał wpływ jej tryb życia. Uśmiechnęła się w końcu szczerze, od ucha do ucha, nie wydawało jej się, aby ktoś w tej chwili zamierzał analizować wyraz jej twarzy. Nie miała pojęcia dokąd zmierzają, ale to chyba nie było istotne, grunt, że Ambroise wiedział dokąd ją prowadził i robił to naprawdę pewnie.
Muzyka zaczynała docierać do jej uszu, już za chwilę zaczną biesiadę, tańce - to co wydawało się akurat jej tą ważniejszą częścią uroczystości. Nie mogła się doczekać, aż zaczną świętować z bliskimi. Czuła, że to będzie naprawdę magiczne, w końcu będą wspólnotą, rodziną, tym czego zawsze pragnęła. Tym bardziej, że ich najbliżsi wydawali się być bardzo zadowoleni z tego, że wreszcie stanęli razem na ołtarzu. Uświadomiła sobie, że już nie jest panną Yaxley, stała się żoną Ambroise'a jednak ta myśl zupełnie jej nie niepokoiła, raczej przynosiła spokój, wiedziała, że znalazła się na właściwym miejscu.
Objęła męża za szyję, aby nie daj Morgano nie pozwolić sobie wymknąć się z jego ramion, jeszcze tego by brakowało, żeby zaliczyła spektakularny upadek przed tymi wszystkimi ludźmi. - Dokąd zmierzamy, mężu. - Szepnęła mu na ucho.
Nadal, nieszczególnie zwracała uwagę na otoczenie, wtulała się w Greengrassa, który stanowił wyjątkowo dobrą tarczę przed całym otoczeniem, zupełnie nie czuła tego, że w ich stronę były skierowane niemalże wszystkie spojrzenia gości. Wydawało jej się, że to był ten moment, w którym powinni załatwić te najmniej przyjemne sprawy, podpisać jakieś oficjalne dokumenty? Merlin jeden tak naprawdę wiedział co, na szczęście to Roise dowodził, on pewnie wiedział co mają robić, jak zawsze był do wszystkiego przygotowany, w przeciwieństwie do niej. Zdecydowanie się pod tym względem uzupełniali, co ona by właściwie bez niego zrobiła?