Cornelius patrzył na ceremonię bez widocznego nadmiaru emocji, a jednak z czymś, co można by nazwać skupioną czujnością, wyglądał przy tym tak, jakby był elementem całego otoczenia, nie dodatkiem, nie przypadkowym gościem, lecz częścią kompozycji. Nawet jeśli dla postronnego obserwatora sprawiał wrażenie zesztywniałego, bardzo oficjalnie wyglądającego świadka, który jedynie cierpliwie stał na uboczu, w rzeczywistości był jednym z tych, którzy faktycznie trzymali ten dzień w ryzach, dlatego robił to, co robił i, wyjątkowo, jak na siebie, wtapiał się w tło ołtarza. Poprawił mankiet garnituru, czując jak wiatr przemyka między drzewami, poruszając lekko poły marynarki. Nie przepadał za nadmierną ekspresją, a już tym bardziej za ludźmi, którzy traktowali czyjś ślub, jak własną scenę teatralną, dziś takich nie brakowało; wystarczyło rozejrzeć się po rzędach krzeseł, by dostrzec kilka uśmiechów zbyt szerokich, kilka sukni zbyt odważnych, kilka spojrzeń zbyt chciwie szukających światła i przestrzeni, której młoda para nawet jeszcze nie zdążyła w pełni zająć.
Cornelius westchnął cicho, dyskretnie, przymykając oczy i mrużąc je od promienia słońca odbijającego się od jednego z kieliszków w czyichś rękach, których gość nie odłożył po wypiciu powitalnego szampana. Oczywiście, nikt by nie śmiał przyznać, że przyszli tu dla towarzyskiego spektaklu, a jednak wszyscy wiedzieli, jak jest. Całe szczęście, wszystko potoczyło się swoim rytmem, Corio śledził przebieg ceremonii z uważnym, acz nieprzesadnie emocjonalnym zainteresowaniem. Kiedy kapłan uniósł głos, a słowa o pierwotnych siłach i żywiołach odbiły się echem w dolinie, Lestrange pozwolił sobie na krótkie, dyskretne rozejrzenie się po zgromadzonych. Większość słuchała z uwagą, inni szeptali, próbując niecierpliwie przewinąć czas do biesiady. Nic dziwnego, oficjalne części ślubów rzadko kiedy należały do ulubionych, nawet dla niego samego, chociaż mężczyzna miał pewną słabość do rytuałów, ich struktura i powtarzalność uspokajały go, dawały poczucie ładu, które tak często ginęło w życiu codziennym, zazwyczaj jednak nie lubił podobnych uroczystości. Były zbyt głośne, zbyt emocjonalne, zbyt nasycone sentymentalizmem, który obcy był jego naturze, ale tego dnia nie odczuwał znużenia. Może dlatego, że widok Ambroise’a i Geraldine - dwojga ludzi, którzy z pozoru nigdy nie powinni znaleźć wspólnego rytmu, ale on od samego początku widział, jak doskonale potrafili się dogadać, gdy tylko tego chcieli - był zaskakująco właściwy.
Macmillan przemawiał o żywiołach, o jedności i duchowym splocie sił, a Cornelius, choć nie był typem mistyka, przyłapał się na tym, że jego uwaga co jakiś czas uciekała od słów kapłana w stronę twarzy młodych i świadkowej. Widział, jak Roise zerkał na Geraldine, jakby wciąż upewniał się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nawet Lestrange, sceptyk w kwestiach uczuć, musiał przyznać, że ten moment miał w sobie coś takiego... Obserwował młodych, to, jak wymieniali przysięgi, w duchu musiał przyznać, że tworzyli zaskakująco spójną parę. Znał ich oboje od dawna, w bardzo różny sposób, i gdyby ktoś jeszcze kilka lat temu zasugerował mu, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie, zapewne odpowiedziałby uśmiechem podszytym sceptycyzmem. Nie przez brak wiary w związek przyjaciół, tylko przez świadomość, że niespecjalnie chcieli się palić do jego formalizacji, a jednak, stało się.
Gdy nadszedł moment wymiany obrączek, Cornelius ruszył o krok naprzód, bez zbędnej zwłoki wykonał swój obowiązek i przekazał obrączki, precyzyjnie, sprawnym ruchem, lecz z takim spokojem, jakby robił to po raz setny. Nie robił, tak właściwie, to był to jego pierwszy raz w takiej roli, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać. W chwili, gdy przekazywał pierścionki Ambroise’owi i Geraldine, nie towarzyszyły temu żadne przesadne gesty, jedynie krótki ruch dłoni, przytłumione „proszę”, które wystarczyło, by wyrazić wszystko, co należało. Był całkowicie skupiony na ceremonii, w rzeczywistości zaś w jego myślach panował zaskakujący spokój, taki, który zwykle towarzyszył ludziom mającym świadomość, że wszystko przebiegało zgodnie z planem, nawet jeśli planu nie układał on sam. Wiedział, że nie był to jego dzień, całe szczęście, on przeżył dwa swoje i niespecjalnie palił się ku trzeciemu, nawet jeśli jego myśli stosunkowo często uciekały ostatnio ku jednej, konkretnej osobie.
Nie mógł powstrzymać lekkiego uniesienia brwi, gdy w samym środku pocałunku wiatr porwał welon panny młodej i poniósł go ku niebu. Scena wyglądała jak wyjęta z jakiegoś romantycznego obrazu, co pewnie bardziej by docenił, gdyby nie to, że przez ułamek sekundy musiał odruchowo powstrzymać się przed ruchem. Wszystko wydarzyło się szybko, a jednak wydawało się rozciągnięte w czasie, welon uniósł się, zatańczył w powietrzu i poderwał w górę, sam z siebie postanowił zrezygnować z dalszego udziału w ceremonii. Cornelius uniósł lekko brew, śledząc spojrzeniem jego lot, zanim tkanina zniknęła gdzieś w szarości nieba. Widział w życiu zbyt wiele rzeczy, by wzruszać się ceremoniami, ale ten moment miał w sobie coś czystego, może to dlatego, że znał ich oboje od lat. Z Geraldine zetknął się tyle razy, ile wystarczyło, by zrozumieć, że jej determinacja nie była jedynie pozą, natomiast z Ambroise’em łączyła go jeszcze dłuższa bliskość, rozumiał jego sposób bycia, który od zawsze zdradzał, że jest człowiekiem czynu, nie deklaracji. Teraz oboje wyglądali tak, jakby wreszcie wszystko się ze sobą zgadzało.
- Nie, nie rozmazałaś się - choć zakładam, że w razie czego i tak byś to zignorowała - wyglądasz naprawdę elegancko. - Powiedział to spokojnie, bez flirtu, bez nadmiernej poufałości, ale ton jego głosu miał w sobie coś... Łagodnego, coś, co trudno było u niego wyczuć. Prawdopodobnie nieświadomie chciał ją uspokoić albo po prostu uznał, że ktoś w tym duecie powinien zachowywać spokój, sam nie do końca wiedział. Wtedy, dawno temu, była zbyt głośna, zbyt zadziorna, za bardzo „nie z ich świata”. Czas najwyraźniej niewiele w tej kwestii zmienił, choć dostrzegał różnicę - była dojrzalsza, ale wciąż miała ten błysk w oku, który zdradzał, że zaraz coś zrobi lub palnie. Tym razem nie umknęło mu, że chciała ratować welon, jednak z jakiegoś powodu się powstrzymała, co było chyba najlepszym rozwiązaniem. W każdym razie docenił jej starania, w tym chaosie emocji i spojrzeń, każdy, kto próbował wnieść trochę od siebie, był mu raczej sprzymierzeńcem.
Płomienie odbijały się w jego oczach, kiedy śledził ogień rozpalany przez pannę młodą, dźwięk łuku, świst strzały, trzask płonących gałęzi - wszystko to miało w sobie pewną surową harmonię, bardzo pasującą do oprawy uroczystości. A potem przyszedł moment, w którym Ambroise, już jako mąż, uniósł Geraldine na ręce i Cornelius odruchowo wyprostował się, nie mogąc powstrzymać lekkiego uśmiechu, wiedział, że to nie był gest na pokaz, zbyt dobrze znał Greengrassa, by przypuszczać, iż przyjaciel zrobiłby coś takiego z potrzeby publicznego uznania, w tym jednym ruchu było coś bardzo niewymuszonego, niemal intymnego, ciepłego i bez wymuszenia.
Kiedy Roise skinął mu głową, sugerując przejście do dalszej części, tej mniej uroczystej, bardziej praktycznej, Cornelius odpowiedział mu krótkim, potwierdzającym skinieniem. Wziął to za znak, więc obrócił się lekko w stronę Millie, gestem pozbawionym zbędnych słów oferując jej swoje ramię, żeby nie ryzykowali pierwszą tego wieczoru wywrotką na nierównościach.
- Chodźmy. - Powiedział cicho, wskazując jej drogę w stronę namiotu, w którym czekały dokumenty. Corio miał zamiar iść powoli, nieco z tyłu, pozwalając świeżo upieczonym małżonkom i kapłanowi zachować pierwszeństwo, wcześniej tylko, podążając za wzrokiem przyjaciela, raz jeszcze zerknął w stronę płonącego stosu i rozbłyskających płomieni. Lestrange musiał przyznać, że Snowdonia tego dnia była przepiękna, chłodny, górski wiatr przynosił ze sobą zapach wilgotnej ziemi i żywicy, a w powietrzu unosiło się coś, co przypominało spokój. Taki, który kazał człowiekowi stanąć na moment i zapomnieć, że świat na co dzień bywał paskudny.