Wrześniowy dzień ciągnął się dla panicza Cepheusa Blacka, jak rozciągnięta nić z gigantycznego motka, której końca nie sposób było dostrzec. W dusznym gabinecie Urzędu Stanu Cywilnego, pośród skrzypienia starych biurek i szelestu pergaminów, czas zdawał się zatrzymywać, a Cepheus, urzędnik starej daty, z rodowodem równie szlachetnym, co jego nazwisko, po raz kolejny odczuwał ciężar monotonii, który od miesięcy osiadał mu na ramionach niczym kurz z dawno zapomnianych tomów archiwum.
Panicz Black od rana podpisywał dokumenty, prostował błędy w rejestrach i przyjmował petentów, którzy nie rozumieli różnicy między zarejestrowaniem a potwierdzeniem narodzin dziecka. Każda rozmowa brzmiała tak samo, była uprzejma, oficjalna, pozbawiona emocji. Czasem łapał się na tym, że nie pamiętał twarzy ludzi, z którymi przed chwilą rozmawiał, byli tylko kolejnymi numerami w rejestrze, linijkami w księdze, która nigdy nie miała się skończyć.
Cepheus westchnął, wpatrując się w stos niepodpisanych dokumentów, w myślach będąc już w przytulnym wnętrzu swojego domu, w którym zamieszkiwał sam, jeśli nie liczyć jego trzech kotów i kanarka imieniem Coco. Za oknem jego gniazdka, wiatr pewnie szarpał firanką, przynosząc ze sobą zapach wilgotnych liści i mgły, ale tu, w pomieszczeniach Ministerstwa Magii, było duszno, chociaż sterylnie. Miał wrażenie, że od lat jego życie nie składało się z niczego więcej, niż z tych papierów, wymagających nieustannej uwagi. Czasem marzył, by rzucić to wszystko i wyruszyć gdzieś daleko, najlepiej w Bieszczady, Cepheus naprawdę lubił Bieszczady.
Jednak marzenia były dla tych, którzy mogli sobie na nie pozwolić, a podstarzały panicz Black był urzędnikiem, lojalnym, obowiązkowym i zmęczonym. Zegar w kącie biura wybił szesnastą, a on, nie spiesząc się, odłożył pióro, poprawił mankiety szaty i spojrzał na drzwi, jeszcze tylko kilka podpisów, kilka minut, kilka oddechów, potem miał wrócić do domu, by jutro zacząć ten sam dzień od nowa.