z laurettą przy makiecie
- Nie dziwię ci się - odpowiedział spokojnie, uśmiechając się do niej lekko. - Ekstaza sama w sobie jest czarująca. Pewnie dużo osób powie, że to Merlin jest głównym bohaterem tej sztuki, ale ja uważam że wcale tak nie jest. Że to Ekstaza i to, co pcha go do przodu, jest tutaj najważniejsze. A w twoich rękach naprawdę lśni - chciała prawdy, to miała prawdę, nawet jeśli odrobinę podkoloryzowaną. Pewnie brzmiałoby to o wiele przyjemniej i mniej płasko w ustach kogoś, kto umiał prawić przepiękne, ozłocone perory które wgryzały się w mięsiste wnętrze sztuki. Atreus jednak, nawet jeśli od małego bywał w teatrach i na koncertach, robił to głównie dlatego, że tak wypadało. Trzeba było się pokazywać, dbać o wizerunek i mieć pewność, że inni doceniali wydane na nich pieniądze - jego matka jasno dawała mu do zrozumienia, że to zwyczajnie leżało w jego interesie. Nigdy jednak do końca nie rozumiał tego, co nazywano sztuką, a jej prawdziwość chyba mu umykała.
- Czym jest śmierć jeśli nie awangardą życia? - zapytał, przyglądając jej się przez chwilę z zaciekawieniem. - Balet jest piękny, ale porusza się według ustalonych zasad. To wymarzona perfekcja, na którą wielu chciałoby patrzeć, ale śmierć nie jest perfekcyjna. A gdyby to połączyć? Perfekcję życia z naciskiem śmierci? Balet przechodzący w modernę? Może nawet z woltą by na sam koniec wrócić do wymarzonego spokoju? Wtedy też byś się bała? - Atreus nie chciał jej zbytnio prowadzić za rękę, ale już bardziej skory był chociaż odrobinę poluźnić towarzyszące jej lęki. W końcu kto nie ryzykował, ten nie wygrywał, a w tym momencie odzywał się w jego głowie hazardzista, który zachęcał by pchnąć Laurettę dokładnie tam gdzie podążyć nie chciała i tylko po to by sprawdzić, jak to wszystko się skończy.
Kiedy zatrzymali się przed makietą, przez moment przyglądał jej się odrobinę zblazowany, jakby jej dyplomatyczne odpowiedzi przestały go aż tak satysfakcjonować.
- Tak - odpowiedział wprost, patrząc jej w oczy z pewnym nienachalnym wyzwaniem. Bardziej ciekawy czy ulegnie, niż faktycznie chętny do przyparcia jej teraz do ściany. - Cegiełka? - zapłacił równowartość jednego klocka, który miał budować makietę. - Dwie? - dołożył. Czuł, że osoba przyjmująca pieniądze, zaraz go pokocha. - Dziesięć? Sto? - jego głos był spokojny, ale twarz wykrzywiał przekorny grymas. - Mathilda postanowiła tego wieczoru nie przystępować do mnie na krok, więc pewnie mogłabyś nawet dysponować tym, co i jej miało przypaść w udziale - podpuszczał ją bezczelnie. - Ile we własnej głowie jest warta Lauretta Selwyn?
- Nie dziwię ci się - odpowiedział spokojnie, uśmiechając się do niej lekko. - Ekstaza sama w sobie jest czarująca. Pewnie dużo osób powie, że to Merlin jest głównym bohaterem tej sztuki, ale ja uważam że wcale tak nie jest. Że to Ekstaza i to, co pcha go do przodu, jest tutaj najważniejsze. A w twoich rękach naprawdę lśni - chciała prawdy, to miała prawdę, nawet jeśli odrobinę podkoloryzowaną. Pewnie brzmiałoby to o wiele przyjemniej i mniej płasko w ustach kogoś, kto umiał prawić przepiękne, ozłocone perory które wgryzały się w mięsiste wnętrze sztuki. Atreus jednak, nawet jeśli od małego bywał w teatrach i na koncertach, robił to głównie dlatego, że tak wypadało. Trzeba było się pokazywać, dbać o wizerunek i mieć pewność, że inni doceniali wydane na nich pieniądze - jego matka jasno dawała mu do zrozumienia, że to zwyczajnie leżało w jego interesie. Nigdy jednak do końca nie rozumiał tego, co nazywano sztuką, a jej prawdziwość chyba mu umykała.
- Czym jest śmierć jeśli nie awangardą życia? - zapytał, przyglądając jej się przez chwilę z zaciekawieniem. - Balet jest piękny, ale porusza się według ustalonych zasad. To wymarzona perfekcja, na którą wielu chciałoby patrzeć, ale śmierć nie jest perfekcyjna. A gdyby to połączyć? Perfekcję życia z naciskiem śmierci? Balet przechodzący w modernę? Może nawet z woltą by na sam koniec wrócić do wymarzonego spokoju? Wtedy też byś się bała? - Atreus nie chciał jej zbytnio prowadzić za rękę, ale już bardziej skory był chociaż odrobinę poluźnić towarzyszące jej lęki. W końcu kto nie ryzykował, ten nie wygrywał, a w tym momencie odzywał się w jego głowie hazardzista, który zachęcał by pchnąć Laurettę dokładnie tam gdzie podążyć nie chciała i tylko po to by sprawdzić, jak to wszystko się skończy.
Kiedy zatrzymali się przed makietą, przez moment przyglądał jej się odrobinę zblazowany, jakby jej dyplomatyczne odpowiedzi przestały go aż tak satysfakcjonować.
- Tak - odpowiedział wprost, patrząc jej w oczy z pewnym nienachalnym wyzwaniem. Bardziej ciekawy czy ulegnie, niż faktycznie chętny do przyparcia jej teraz do ściany. - Cegiełka? - zapłacił równowartość jednego klocka, który miał budować makietę. - Dwie? - dołożył. Czuł, że osoba przyjmująca pieniądze, zaraz go pokocha. - Dziesięć? Sto? - jego głos był spokojny, ale twarz wykrzywiał przekorny grymas. - Mathilda postanowiła tego wieczoru nie przystępować do mnie na krok, więc pewnie mogłabyś nawet dysponować tym, co i jej miało przypaść w udziale - podpuszczał ją bezczelnie. - Ile we własnej głowie jest warta Lauretta Selwyn?