18.10.2025, 23:27 ✶
Dopiero w trakcie ceremonii Eliasz w pewnym momencie przyuważył, że u boku Benjy'ego znalazła się Prudence. Przez chwilę wbijał spojrzenie w znajomy czubek jej głowy. Czy zapowiadała otwarcie, że będą się razem bawić na jednej imprezie? Może nawet wysłała mu list, ale ten zagubił się gdzieś, kiedy Bletchley stale kursował między swoim mieszkaniem a Szklaną Alchemią. To całe ognisko musiało jednak ją jakoś do nas przekonać, skomentował bezgłośnie. Zdecydowanie będzie musiał pogadać o tym z Benjym. Musiał być istnym cudotwórcą, skoro złapał taki dobry kontakt z Pru.
— Ale wiesz, że on głównie gada o jednym i tym samym, tylko zmienia formułki, żeby pasowały do poszczególnych żywiołów natury, prawda? — upewnił się Eliasz.
Jedność. Wzajemne wspieranie się. Czerpanie siły z siebie nawzajem. To naprawdę nie była wielka filozofia.
— Iii nagle zrobiło się dużo ciekawiej — skomentował półgębkiem, kiedy zauważył, że ojciec Ger wstał z miejsca i ruszył ku młodej parze z zaciśniętej w dłoniach rączce łuku.
Ponownie język zadziałał u niego szybciej niż głowa, bo chwilę później uświadomił sobie do czego Gerard Yaxley mógłby wykorzystać tę broń. I wtedy na twarzy Eliasza zagościło dość wyraźne skonfundowane, bo wbrew pozorom... Naprawdę nie chciałby zobaczyć Ambroise'a ze strzałą zatkniętą na tyłku. Zwłaszcza, jakby była zardzewiała. W to musiałoby się wdać zakażenie, pomyślał wyjątkowo trzeźwo i logicznie jak na siebie, powstrzymując się w duchu przed tym, aby nie westchnąć ciężko. Naprawdę nie chciał kończyć tego dnia w Szpitalu świętego Munga. Na Merlina, jeszcze tylko brakowało, żeby jego ojciec wyciągał strzałę Gerarda z dupy jego kumpla. Bletchley wzdrygnął się na tę myśl. Ugh.
— Ugh, już myślałem, że... — zaczął, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał, unosząc delikatnie dłoń, jakby chciał uciszyć przedwczesne ostrzeżenie o zachowaniu ciszy ze strony blondynki.
Nora ewidentnie przechodziła tutaj przez jakieś metafizyczne doświadczenie, biorąc pod uwagę, jak mocno zaangażowała się w przeżywanie tego, co się działo pod ołtarzem. Kobiety, skomentował przelotnie. Znając życie pewnie teraz wyobrażała sobie, jak by to było być na miejscu Geraldine. Ewentualnie właśnie rozdzierała w myślach Gerardine na strzępy, próbując doszukać się w jej wyglądzie jakichkolwiek skaz. Niedopasowana sukienka? Źle zrobiony makijaż? W końcu kobieca natura bywała przewrotna. Dobrze o tym wiedział. Miał siostrę, która siedziała niedaleko. Poza tym był szczerym fascynatem kobiet. Uwielbiał kobiety.
— Stawiam 10 knutów, że ktoś jeszcze dzisiaj sięgnie po broń na weselu — szepnął do blondynki, gdy panna młoda posłała w powietrze płonącą strzałę, która chwilę później wbiła się w jedno z ognisk. Ach, ta żyłka do hazardu. — Okoliczności: nieokreślone. Albo dla rozrywki albo żeby kogoś faktycznie zaciukać.
Potem, gdy para młoda i świadkowie byli odprowadzani przez kapłana w stronę bocznego namiotu, Eliasz im wszystkim dyskretnie kciuk w górę. Żadne z nich nie stchórzyło. Wszyscy przeżyli. Obrączki znalazły się na odpowiednich palcach. Co na tym etapie mogło jeszcze pójść nie tak? No nic! Absolutnie nic.
— Ale wiesz, że on głównie gada o jednym i tym samym, tylko zmienia formułki, żeby pasowały do poszczególnych żywiołów natury, prawda? — upewnił się Eliasz.
Jedność. Wzajemne wspieranie się. Czerpanie siły z siebie nawzajem. To naprawdę nie była wielka filozofia.
— Iii nagle zrobiło się dużo ciekawiej — skomentował półgębkiem, kiedy zauważył, że ojciec Ger wstał z miejsca i ruszył ku młodej parze z zaciśniętej w dłoniach rączce łuku.
Ponownie język zadziałał u niego szybciej niż głowa, bo chwilę później uświadomił sobie do czego Gerard Yaxley mógłby wykorzystać tę broń. I wtedy na twarzy Eliasza zagościło dość wyraźne skonfundowane, bo wbrew pozorom... Naprawdę nie chciałby zobaczyć Ambroise'a ze strzałą zatkniętą na tyłku. Zwłaszcza, jakby była zardzewiała. W to musiałoby się wdać zakażenie, pomyślał wyjątkowo trzeźwo i logicznie jak na siebie, powstrzymując się w duchu przed tym, aby nie westchnąć ciężko. Naprawdę nie chciał kończyć tego dnia w Szpitalu świętego Munga. Na Merlina, jeszcze tylko brakowało, żeby jego ojciec wyciągał strzałę Gerarda z dupy jego kumpla. Bletchley wzdrygnął się na tę myśl. Ugh.
— Ugh, już myślałem, że... — zaczął, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał, unosząc delikatnie dłoń, jakby chciał uciszyć przedwczesne ostrzeżenie o zachowaniu ciszy ze strony blondynki.
Nora ewidentnie przechodziła tutaj przez jakieś metafizyczne doświadczenie, biorąc pod uwagę, jak mocno zaangażowała się w przeżywanie tego, co się działo pod ołtarzem. Kobiety, skomentował przelotnie. Znając życie pewnie teraz wyobrażała sobie, jak by to było być na miejscu Geraldine. Ewentualnie właśnie rozdzierała w myślach Gerardine na strzępy, próbując doszukać się w jej wyglądzie jakichkolwiek skaz. Niedopasowana sukienka? Źle zrobiony makijaż? W końcu kobieca natura bywała przewrotna. Dobrze o tym wiedział. Miał siostrę, która siedziała niedaleko. Poza tym był szczerym fascynatem kobiet. Uwielbiał kobiety.
— Stawiam 10 knutów, że ktoś jeszcze dzisiaj sięgnie po broń na weselu — szepnął do blondynki, gdy panna młoda posłała w powietrze płonącą strzałę, która chwilę później wbiła się w jedno z ognisk. Ach, ta żyłka do hazardu. — Okoliczności: nieokreślone. Albo dla rozrywki albo żeby kogoś faktycznie zaciukać.
Potem, gdy para młoda i świadkowie byli odprowadzani przez kapłana w stronę bocznego namiotu, Eliasz im wszystkim dyskretnie kciuk w górę. Żadne z nich nie stchórzyło. Wszyscy przeżyli. Obrączki znalazły się na odpowiednich palcach. Co na tym etapie mogło jeszcze pójść nie tak? No nic! Absolutnie nic.