20.10.2025, 03:24 ✶
Potrząsnął głową zbywająco, dając jej znać, że to nie szkodzi, nie miała za co przepraszać. Nie odwróci się przecież zaraz na pięcie i nie zniknie w tłumie ludzi, zostawiając ją samą sobie. Wszyscy byli teraz fukliwi, spięci i poddenerwowani, a Atreus szczerze byłby bardziej skonsternowany, gdyby obdarzyła go jakimś rozanielonym uśmiechem.
Sam chodził na pięty niczym struna, chowając to jednak pod wyuczonym, pozornym rozluźnieniem - na tyle oczywiście, na ile pozwalał mu aurorski mundur, który miał na sobie. Niestety, wyglądał on okropnie. Ratowanie Roselyn z płonącego budynku, wywołało chyba najwięcej szkód i Bulstrode dziękował sobie samemu w duchu, że postanowił tym razem zachować jako taką ostrożność i sięgnąć po eliksir chroniący przed ogniem. Może jednak potrafił uczyć się na własnych błędach i postanowił nie skończyć jak po Beltane, z poparzoną skórą po tym, jak śmierciożerca przeciągnął go przez magiczny ogień. Typowa dla aurorskich mundurów czerń, przypominała raczej żałosną szarość. Pełno na nim było pyłu, czy to tego pochodzącego z gruzów, czy to tego popielnego, który padał leniwie z nieba i przesypywał się po ulicach, siniejąc kocie łby. Rękawy miał nieco podwinięte, odnajdując to w pewnym momencie jako nieco bardziej wygodniejsze, a marynarka w ogóle była rozpięta, podobnie z resztą jak kołnierzyk koszuli, bo kiedy pył pierwszy raz siadł mu na płucach jakoś tak poważniej, zaniósł się takim kaszlem że zastanawiał się czy się zaraz nie udusi. Była też krew, ale chyba ją było widać najmniej, szczególnie że rozlewała się plamą przede wszystkim na nogawce spodni, tam gdzie przy nieudanej teleportacji zerwało mu cały płat skóry, a przez co wciąż odrobinkę kulał i oszczędzał nogę, nawet kiedy stał przed kuzynką.
Jego spojrzenie dryfowało między słowami; to koncentrowało się na niej, to znowu podążało za jej własnym spojrzeniem, czujnie kontrolując dokładnie tak jak ona, czy strażacy robią to co do nich należy i radzą sobie z opanowaniem szalejącego ognia. Piętro było aktywnie pożerane przez płomienie, a te nieszczęsne zasłony znikały w mgnieniu oka, pozwalając pozdziwiać rozedrgany żar, który znajdował się w środku budynku. Kłęby wodnej pary unosiły się natomiast ku górze, przy każdym kolejnym zetknięciu wody z płomieniami.
Kiedy skończył opisywać sytuację, nadeszła jego kolej by słuchać. Stał więc, trzymając ją za łokieć, jakby bojąc się że mu zaraz zniknie, kiedy tylko wypuści ją z rąk. Patrzył na nią, już całkowicie odwracając spojrzenie od nieszczęsnego budyneczku.
Przez głowę Atreusa przemknęło bardzo dużo myśli jednocześnie. Powstrzymywał się, żeby się nie roześmiać, bo to przecież musiał być żart. Gwałt na kodeks tajności, oczywiście. To był problem na potem i od tego mieli przecież amnezjatorów. To była ich praca! Otworzenie Atrium, by wywołać większy chaos? Możliwe, chociaż Bulstrode zdawał sobie sprawę, że w takich sytuacjach życie cywili było jedną z najważniejszych rzeczy. pewnie gdyby nie te otworzone łaskawie drzwi, to trup ścieliłby się jeszcze gęściej. Zamiast jednak powiedzieć cokolwiek, w pierwszej kolejności ściągnął usta w wąską kreskę, przez co wyglądał tak, jakby cały ten jej wywód oburzył go z właściwych powodów - czyli tych które właśnie mu wymieniła.
- Dobrze, że pobili Roberta, a nie ciebie. Wyobrażasz to sobie? - zapytał płasko, kręcąc przy tym głową. To nie tak, że Atreus nie wierzył w sprawczość i pewną wysokość Wizengamotu, ale za dużo spraw było rozstrzyganych według pewnego widzimisię. Ba, sporo osób w nim zasiadającym, nie było nawet z wykształcenia prawnikami, przez co całość instytucji stawała się pewnego rodzaju wydmuszką. Czuł momentami gorycz w tym temacie, bo ile to spraw z jego biura rozmywało się, bo tak zarządził szanowny Wizengamot? Jej rola w społeczeństwie, była jednak dla Lorien ważna i jak mógł tego nie wiedzieć? Nie zamierzał z tego powodu wieszać psów na całej instytucji, czy pytać jej czy przez te otwarte drzwi Atrium, to się jej i rozum nie ulotnił. Za bardzo ją na to wszystko lubił.
Biorąc dotychczasowe działania śmierciożerców, Atreus był zdolny uwierzyć w to, że właśnie ten przypadkowy piątek był idealnym dniem na sianie zamętu, bo nikt się tego nie spodziewał. Lorien mogła tego zwyczajnie nie wiedzieć, bo i skąd, ale do tej pory obstawiali że tragedia nadejdzie w kolejny sabat albo na Samhain. W końcu Matka zesłała wizje, podczas modlitw na Lammas, a biorąc pod uwagę co wydarzyło się w Beltane... cóż, wnioski nasuwały się same. Szkoda, że były zwyczajnie błędne.
- To miało być później - wymruczał pod nosem z pewnym rozgoryczeniem, na moment patrząc w bok, znowu na cień kamienicy, z którą walczyli strażacy. Może dlatego wszystko się teraz waliło, bo Ministerstwo też brało pod uwagę inne daty. - Niestety, masz rację. Obawiam się, że nigdzie nie jest w pełni bezpiecznie, ale wierzę że gdzieś może być bezpieczniej niż na ulicach. - odgarnął jej z twarzy jakiś zbłąkany kosmyk włosów, ale więcej w tym geście było roztargnienia niż troski. - Ty też. Proszę, bądź ostrożna - objął ją ramieniem, na moment zamykając w uścisku. Obcy byli tylko tym, nieznajomymi cieniami przebiegającymi po ulicach. Było ich żal, ale rodzina? Strata rodziny było jak wyrwanie kawałka serca. Cofnął się o krok i uśmiechnął zadziornie, we właściwy dla siebie sposób. - Lepiej uważaj, bo jeśli wrócę do Ministerstwa tej nocy i ciebie tam nie będzie, to zacznę cię szukać - i z tymi słowami sięgnął za różdżkę by się teleportować.
Sam chodził na pięty niczym struna, chowając to jednak pod wyuczonym, pozornym rozluźnieniem - na tyle oczywiście, na ile pozwalał mu aurorski mundur, który miał na sobie. Niestety, wyglądał on okropnie. Ratowanie Roselyn z płonącego budynku, wywołało chyba najwięcej szkód i Bulstrode dziękował sobie samemu w duchu, że postanowił tym razem zachować jako taką ostrożność i sięgnąć po eliksir chroniący przed ogniem. Może jednak potrafił uczyć się na własnych błędach i postanowił nie skończyć jak po Beltane, z poparzoną skórą po tym, jak śmierciożerca przeciągnął go przez magiczny ogień. Typowa dla aurorskich mundurów czerń, przypominała raczej żałosną szarość. Pełno na nim było pyłu, czy to tego pochodzącego z gruzów, czy to tego popielnego, który padał leniwie z nieba i przesypywał się po ulicach, siniejąc kocie łby. Rękawy miał nieco podwinięte, odnajdując to w pewnym momencie jako nieco bardziej wygodniejsze, a marynarka w ogóle była rozpięta, podobnie z resztą jak kołnierzyk koszuli, bo kiedy pył pierwszy raz siadł mu na płucach jakoś tak poważniej, zaniósł się takim kaszlem że zastanawiał się czy się zaraz nie udusi. Była też krew, ale chyba ją było widać najmniej, szczególnie że rozlewała się plamą przede wszystkim na nogawce spodni, tam gdzie przy nieudanej teleportacji zerwało mu cały płat skóry, a przez co wciąż odrobinkę kulał i oszczędzał nogę, nawet kiedy stał przed kuzynką.
Jego spojrzenie dryfowało między słowami; to koncentrowało się na niej, to znowu podążało za jej własnym spojrzeniem, czujnie kontrolując dokładnie tak jak ona, czy strażacy robią to co do nich należy i radzą sobie z opanowaniem szalejącego ognia. Piętro było aktywnie pożerane przez płomienie, a te nieszczęsne zasłony znikały w mgnieniu oka, pozwalając pozdziwiać rozedrgany żar, który znajdował się w środku budynku. Kłęby wodnej pary unosiły się natomiast ku górze, przy każdym kolejnym zetknięciu wody z płomieniami.
Kiedy skończył opisywać sytuację, nadeszła jego kolej by słuchać. Stał więc, trzymając ją za łokieć, jakby bojąc się że mu zaraz zniknie, kiedy tylko wypuści ją z rąk. Patrzył na nią, już całkowicie odwracając spojrzenie od nieszczęsnego budyneczku.
Przez głowę Atreusa przemknęło bardzo dużo myśli jednocześnie. Powstrzymywał się, żeby się nie roześmiać, bo to przecież musiał być żart. Gwałt na kodeks tajności, oczywiście. To był problem na potem i od tego mieli przecież amnezjatorów. To była ich praca! Otworzenie Atrium, by wywołać większy chaos? Możliwe, chociaż Bulstrode zdawał sobie sprawę, że w takich sytuacjach życie cywili było jedną z najważniejszych rzeczy. pewnie gdyby nie te otworzone łaskawie drzwi, to trup ścieliłby się jeszcze gęściej. Zamiast jednak powiedzieć cokolwiek, w pierwszej kolejności ściągnął usta w wąską kreskę, przez co wyglądał tak, jakby cały ten jej wywód oburzył go z właściwych powodów - czyli tych które właśnie mu wymieniła.
- Dobrze, że pobili Roberta, a nie ciebie. Wyobrażasz to sobie? - zapytał płasko, kręcąc przy tym głową. To nie tak, że Atreus nie wierzył w sprawczość i pewną wysokość Wizengamotu, ale za dużo spraw było rozstrzyganych według pewnego widzimisię. Ba, sporo osób w nim zasiadającym, nie było nawet z wykształcenia prawnikami, przez co całość instytucji stawała się pewnego rodzaju wydmuszką. Czuł momentami gorycz w tym temacie, bo ile to spraw z jego biura rozmywało się, bo tak zarządził szanowny Wizengamot? Jej rola w społeczeństwie, była jednak dla Lorien ważna i jak mógł tego nie wiedzieć? Nie zamierzał z tego powodu wieszać psów na całej instytucji, czy pytać jej czy przez te otwarte drzwi Atrium, to się jej i rozum nie ulotnił. Za bardzo ją na to wszystko lubił.
Biorąc dotychczasowe działania śmierciożerców, Atreus był zdolny uwierzyć w to, że właśnie ten przypadkowy piątek był idealnym dniem na sianie zamętu, bo nikt się tego nie spodziewał. Lorien mogła tego zwyczajnie nie wiedzieć, bo i skąd, ale do tej pory obstawiali że tragedia nadejdzie w kolejny sabat albo na Samhain. W końcu Matka zesłała wizje, podczas modlitw na Lammas, a biorąc pod uwagę co wydarzyło się w Beltane... cóż, wnioski nasuwały się same. Szkoda, że były zwyczajnie błędne.
- To miało być później - wymruczał pod nosem z pewnym rozgoryczeniem, na moment patrząc w bok, znowu na cień kamienicy, z którą walczyli strażacy. Może dlatego wszystko się teraz waliło, bo Ministerstwo też brało pod uwagę inne daty. - Niestety, masz rację. Obawiam się, że nigdzie nie jest w pełni bezpiecznie, ale wierzę że gdzieś może być bezpieczniej niż na ulicach. - odgarnął jej z twarzy jakiś zbłąkany kosmyk włosów, ale więcej w tym geście było roztargnienia niż troski. - Ty też. Proszę, bądź ostrożna - objął ją ramieniem, na moment zamykając w uścisku. Obcy byli tylko tym, nieznajomymi cieniami przebiegającymi po ulicach. Było ich żal, ale rodzina? Strata rodziny było jak wyrwanie kawałka serca. Cofnął się o krok i uśmiechnął zadziornie, we właściwy dla siebie sposób. - Lepiej uważaj, bo jeśli wrócę do Ministerstwa tej nocy i ciebie tam nie będzie, to zacznę cię szukać - i z tymi słowami sięgnął za różdżkę by się teleportować.
Koniec sesji