20.10.2025, 16:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.10.2025, 16:48 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine westchnęła na słowa Roselyn, wygrawszy jednak wolną dłonią melodię, która przywodziła na myśl połyskliwą taflę wody: króciutki fragment Jeux d’eau, jednej z miniatur fortepianowych Ravela... Bo tylko krótki fragment pamiętała, utwór był bowiem bardzo trudny pod względem technicznym. Jego tytuł oznaczał ni mniej, ni więcej, "wodne igraszki", co w interpretacji Lorraine miało stanowić coś w rodzaju muzycznego żartu, nawiązującego do słów Roselyn. Nie zamierzała jednak tłumaczyć go koleżankom: ot, to była tylko impresja, po której Lorraine odłożyła na bok zaczarowaną planszę do ćwiczeń, przymierzając się, żeby usiąść wyprostowaną obok Lany i napić wody... Ale zanim zdążyła podnieść się do siadu, na jej kolanach wylądowała karteczka. Karteczka z listem, jak zorientowała się po chwili, mimowolnie przeczytawszy większą jego część: nie chciała przecież naruszać prywatności Lany, nic nie mogła jednak poradzić, że instynktownie sięgnęła, żeby złapać porywany przez podmuch wiatru świstek papieru. Wciąż było to jednak lepsze, niż pozwolenie, żeby list odleciał. Roselyn miała palce zajęte pleceniem wianków, więc mogła nie zdążyć go złapać w czas... A przecież żadna z nich nie chciałaby, żeby prywatna korespondencja Lany trafiła w nieodpowiednie ręce.
– Przepraszam. Zdążyłam przeczytać. – Lorraine spuściła na chwilę oczy, szczerze żałując, że jej prośba doprowadziła do tej niezręczności. Podnosząc się do siadu, wyciągnęła dłoń z liścikiem w stronę przyjaciółki. – Wiem, że pewnie nie chcesz o tym rozmawiać... – zagadnęła delikatnie Lanę, skupiając spojrzenie twarzy przyjaciółki, na której gościł jeszcze przed chwilą lekki uśmiech: nie chciała, żeby z niej zniknął przez głupi list. – ...Ale uważam, że to miłe, że twoja pani matka tak się o ciebie troszczy. Wszystkie matki robią to na swój sposób, wiele jest przecież rodzajów matczynej miłości, równie wiele, jak wiele jest oblicz bogini Matki. A jednak, miłym jest, że zachęca cię, żebyś sama znalazła sobie męża. Powiedziałabym, że wręcz... Postępowym!
Lorraine starała się pocieszyć Lanę, choć wiadomym było, że tak jak każdą czystej krwi pannę, prędzej czy później czeka ją zamążpójście. Sugerować, że jej życie mogłoby wyglądać inaczej, nie chciała. Namawianie do sprzeciwienia się woli rodziców nawet nie przeszłoby jej przez myśl w towarzystwie koleżanek. Nie leżało to w dobrym tonie. A robienie Lanie złudnych nadziei? To już byłoby zwyczajnie okrutnym. Postanowiła więc spróbować podnieść przyjaciółkę na duchu na swój sposób: nie wykraczając poza granice dyktowane przez wychowanie, jakie wszystkie otrzymały, a jednak budując jej pewność siebie, jako kogoś obdarzonego własną agencją... Nieważne, że ograniczoną jedynie do wyboru przyszłego małżonka.
Popatrzyła wyczekująco na Roselyn, spojrzeniem dając jej do zrozumienia, że wypadałoby pocieszyć Lanę, a przynajmniej pomóc jej dostrzeć pozytywy całej tej sytuacji. Rose miała bardzo zdroworozsądkowe podejście do życia, Lorraine liczyła więc na jej wsparcie: przydałoby się podbudować pewność siebie Lany.
– Przepraszam. Zdążyłam przeczytać. – Lorraine spuściła na chwilę oczy, szczerze żałując, że jej prośba doprowadziła do tej niezręczności. Podnosząc się do siadu, wyciągnęła dłoń z liścikiem w stronę przyjaciółki. – Wiem, że pewnie nie chcesz o tym rozmawiać... – zagadnęła delikatnie Lanę, skupiając spojrzenie twarzy przyjaciółki, na której gościł jeszcze przed chwilą lekki uśmiech: nie chciała, żeby z niej zniknął przez głupi list. – ...Ale uważam, że to miłe, że twoja pani matka tak się o ciebie troszczy. Wszystkie matki robią to na swój sposób, wiele jest przecież rodzajów matczynej miłości, równie wiele, jak wiele jest oblicz bogini Matki. A jednak, miłym jest, że zachęca cię, żebyś sama znalazła sobie męża. Powiedziałabym, że wręcz... Postępowym!
Lorraine starała się pocieszyć Lanę, choć wiadomym było, że tak jak każdą czystej krwi pannę, prędzej czy później czeka ją zamążpójście. Sugerować, że jej życie mogłoby wyglądać inaczej, nie chciała. Namawianie do sprzeciwienia się woli rodziców nawet nie przeszłoby jej przez myśl w towarzystwie koleżanek. Nie leżało to w dobrym tonie. A robienie Lanie złudnych nadziei? To już byłoby zwyczajnie okrutnym. Postanowiła więc spróbować podnieść przyjaciółkę na duchu na swój sposób: nie wykraczając poza granice dyktowane przez wychowanie, jakie wszystkie otrzymały, a jednak budując jej pewność siebie, jako kogoś obdarzonego własną agencją... Nieważne, że ograniczoną jedynie do wyboru przyszłego małżonka.
Popatrzyła wyczekująco na Roselyn, spojrzeniem dając jej do zrozumienia, że wypadałoby pocieszyć Lanę, a przynajmniej pomóc jej dostrzeć pozytywy całej tej sytuacji. Rose miała bardzo zdroworozsądkowe podejście do życia, Lorraine liczyła więc na jej wsparcie: przydałoby się podbudować pewność siebie Lany.