- Raczej przejaw rozsądku. - Nie było to wcale trudnym pytaniem. Nie miałaby najmniejszego problemu, aby stąd zniknąć właśnie w tym momencie, chociaż przed nimi była ta bardziej przystępna część ceremonii. Już wzrok wszystkich nie będzie ich tak przeszywał, będą mogli przemykać między ludźmi, nie znajdując się w samym centrum zainteresowania. Oczywiście, że na pewno i tak będzie ono spore, ale nie tak jak przed chwilą gdy dosłownie znajdowali się na świeczniku przed wszystkimi.
Jakimś cudem udało im się całkiem zgrabnie opuścić ołtarz, Matka chyba naprawdę miała dzisiaj pod swoją opieką. Wszystko wydawało się być im przychylne, to tylko potwierdzało jej tezę, że nie mogło się wydarzyć inaczej - byli sobie pisani i powinni zostać małżeństwem, nie, żeby potrzebowała tych znaków, inaczej pewnie też by jakieś znalazła, czy coś, w końcu kto szuka ten znajduje. To nie było w końcu takie trudne.
Yaxley, w sumie już nie Yaxley, bo Greengrass-Yaxley, złapała się mocniej Ambroise'a za szyję, by mógł łatwiej się poruszać, oczywiście starała się go przy tym nie udusić, żeby nie było, to nie byłoby najlepsze zakończenie ceremonii - uduszenie Pana Młodego, a jak wiadomo, miała ona sporo krzepy, więc pewnie nawet udałoby się jej to zrobić, gdyby tylko chciała, no, ale nie chciała.
Zmierzali więc całkiem żwawym tempem w kierunku namiotu, w którym to mieli dokonać kolejnych formalności - a przynajmniej tak się jej wydawało (nie, żeby była jakąś specjalistką od ślubów).
Kapłan podążał przed nimi, liczyła na to, że uda im się dość szybko załatwić sprawę i będą mogli dołączyć do rodziny, znajomych i przyjaciół, którzy przyszli się tutaj z nimi bawić. Niestety miała świadomość, że to też musieli załatwić. Nie, żeby uważała to za słuszne, od zawsze wydawało jej się, że wszędzie stosowane jest zbyt wiele papierologii. No, ale nie ma zmiłuj, świata nie zmienią, prawda?
Spoglądała za siebie, właściwie to odwróciła na moment głowę, by zobaczyć, czy Corio i Millie idą za nimi, musieli w końcu razem podpisać te bardzo istotne dokumenty. Będą mogli przy okazji nieco odetchnąć po tym, co się przed chwilą wydarzyło, by za chwilę zasiąść przy stole. Liczyła na to, że Sebastian nie będzie już przedłużał tej i tak nieco nużącej części, chociaż kto wie, czego właściwie mogli się spodziewać po tym uduchowionym człowieku. List, który dostała jako odpowiedź na ich zapytanie o udzielenie sakramentu był dość długi, do tego te przysięgi... cała oprawa. Zdecydowanie lubił dzielić się swoim natchnieniem, liczyła na to, że jednak okaże się człowiekiem i wypuści ich z tego namiotu całkiem szybko.
Gdy w końcu się w nim znaleźli, zsunęła się z rąk Greengrassa, poprawiła sukienkę, żeby nie daj Morgano przypadkiem nie spowodować mikrozawału u cioci Uli, która na pewno miała wyłapać każde, nawet najdrobniejsze zagniecenie materiału.
Do jej uszu dochodziły ciche dźwięki muzyki, najwyraźniej towarzystwo powoli zasiadało do stołów, powinni zaraz do nich dołączyć, i zacząć się bawić, bo przecież to też była bardzo istotna część ceremonii, o ile nie najważniejsza dla towarzystwa, no może tymi pojedynczymi przypadkami, dla których wiara była czymś istotnym.
- Udało nam się. - Powiedziała jeszcze do Ambroise'a kiedy znaleźli się w namiocie. Co właściwie miała na myśli? Poniekąd wszystko, ten spacer, ceremonię, a także sam ślub jako zwieńczenie ich wspólnej, nieco skomplikowanej drogi.
Przeniosła spojrzenie na wejście do namiotu, czekając, aż pojawią się w nim świadek i świadkowa. Tylko ich już tutaj brakowało, w tym dość ciasnym namiocie. Miała nadzieję, że Sebastian był przygotowany, miał jakieś pióro, czy coś, bo ona w tym wydaniu zdecydowanie nie miała przy sobie potrzebnych przedmiotów, nie wzięła nawet jednego sztyletu, chociaż miała ochotę to zrobić, jednak obawiała się, że mogłaby go gdzieś po drodze zgubić.