20.10.2025, 20:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.10.2025, 20:49 przez Millie Moody.)
Nie zraziła się faktem, że Geraldine jej nie odpowiedziała, ani że oczy przyjaciółki nie mogły odlepić się od jej pana męża. To był ich dzień, a oni mimo lat znajomości, przyjaźni i miłości zachowywali się tak jakby zakochali się wczoraj dopiero w sobie i świata poza sobą nie widzieli.
– Dzięki, wiesz... nie chce jej siary zrobić. – Uśmiechnęła się do Corneliusa nieco słabowicie kiedy podążyli za parą młodą i kapłanem do namiotu. Szli tuż za nimi jak gwardia przyboczna, w końcu od tego tu byli, na cóż mieliby zwlekać za kim się oglądać? Kto jak kto, ale Moody po kilkunastu latach w magipolicji doskonale wiedziała, że buchalteria też jest ważna, a podpisik na każdym raporcie musiał się znaleźć, w tym i podpisy hehe świadków.
Takiego świadkowania jednak jej było trzeba, w czasach niepokoju i wojny, w czasach, gdy tak niewiele radości można było wycisnąć z życia doczesnego, dobrze było pocieszyć się przez moment cudzym szczęściem, natchnąć rozkochanym uśmiechem i miłością, która nie dbała ani o wojnę, ani o nic ponad samą siebie.
Szczęśliwie kazała sobie doszyć w kiecce kieszenie (idea torebki innej niż porządna listonoszówka przez ramię była jej absolutnie obca) więc też miała i dokumenty, choć wydawało jej się, że różdżka powinna absolutnie wystarczyć. Z drugiej strony świadkową była po raz pierwszy (i zapewne ostatni, bo kto byłby taki odważny i ryzykowałby proszenie jej o taką przysługę?) więc nie była pewna co tam też jej kuzyn wymyśli do zrobienia.
Potknęła się niedługo przed namiotem, gdy młodzi już zniknęli za płachtą. Jak dama w opresji (a każdy kto usłyszałby porównanie Mildred do damy zapewne parsknąłby śmiechem) wsparła się na silnym ramieniu Corneliusa. To znaczy... wyjebałaby się pewnie na ryj, gdyby nie to że szli obok siebie.
– Kurwa sorasy, ślisko tu... – syknęła pod nosem, potem parsknęła nerwowo i pospiesznie poprawiła czarnego loka, który gilał ją w nos za ucho. – No już, nikt nie słyszał – burknęła na swoje usprawiedliwienie, bo przecież pan były prefekt groził paluszkiem, że jedyne mięso dzisiaj to pieczyste okręcane na rożnie.
Gdy tylko weszli do środka, miała poczucie, że tu atmosfera jest choć ociupinę lżejsza. Było już po ceremoniale, to były tylko formalności więc...
– Ale zajebiście poszło! Blacki mogą się schować ze swoją pomponadą i żałobnymi różami... Będą o Was gadać latami! I ten łuk i welon na koniec! Jak wisienka na torcie, a przecież tortu jeszcze nie było! I w ogóle Sebastian dowaliłeś z tą gatką, aż mi się łezka w oku zakręciła. I ten las! Totalnie ciary miałam jak zawiało na początku. – Jako, że Geraldine już się poprawiła, to Moody nie miała za bardzo czego układać - z resztą i tak za bardzo nie znała się na tym jak te fałdki powinny spływać. Zamiast tego więc wygładziła własną kwietną kreację i poprawiła i tak asymetrycznie ułożony szal, szczupłe nieco nerwowe gesty zdradzały lekką nerwowość, która wciąż gdzieś tam w żyłach krążyła. Nic dziwnego. Nie było to jej naturalne środowisko, ale czego się nie robiło dla przyjaciół.
– Dzięki, wiesz... nie chce jej siary zrobić. – Uśmiechnęła się do Corneliusa nieco słabowicie kiedy podążyli za parą młodą i kapłanem do namiotu. Szli tuż za nimi jak gwardia przyboczna, w końcu od tego tu byli, na cóż mieliby zwlekać za kim się oglądać? Kto jak kto, ale Moody po kilkunastu latach w magipolicji doskonale wiedziała, że buchalteria też jest ważna, a podpisik na każdym raporcie musiał się znaleźć, w tym i podpisy hehe świadków.
Takiego świadkowania jednak jej było trzeba, w czasach niepokoju i wojny, w czasach, gdy tak niewiele radości można było wycisnąć z życia doczesnego, dobrze było pocieszyć się przez moment cudzym szczęściem, natchnąć rozkochanym uśmiechem i miłością, która nie dbała ani o wojnę, ani o nic ponad samą siebie.
Szczęśliwie kazała sobie doszyć w kiecce kieszenie (idea torebki innej niż porządna listonoszówka przez ramię była jej absolutnie obca) więc też miała i dokumenty, choć wydawało jej się, że różdżka powinna absolutnie wystarczyć. Z drugiej strony świadkową była po raz pierwszy (i zapewne ostatni, bo kto byłby taki odważny i ryzykowałby proszenie jej o taką przysługę?) więc nie była pewna co tam też jej kuzyn wymyśli do zrobienia.
Potknęła się niedługo przed namiotem, gdy młodzi już zniknęli za płachtą. Jak dama w opresji (a każdy kto usłyszałby porównanie Mildred do damy zapewne parsknąłby śmiechem) wsparła się na silnym ramieniu Corneliusa. To znaczy... wyjebałaby się pewnie na ryj, gdyby nie to że szli obok siebie.
– Kurwa sorasy, ślisko tu... – syknęła pod nosem, potem parsknęła nerwowo i pospiesznie poprawiła czarnego loka, który gilał ją w nos za ucho. – No już, nikt nie słyszał – burknęła na swoje usprawiedliwienie, bo przecież pan były prefekt groził paluszkiem, że jedyne mięso dzisiaj to pieczyste okręcane na rożnie.
Gdy tylko weszli do środka, miała poczucie, że tu atmosfera jest choć ociupinę lżejsza. Było już po ceremoniale, to były tylko formalności więc...
– Ale zajebiście poszło! Blacki mogą się schować ze swoją pomponadą i żałobnymi różami... Będą o Was gadać latami! I ten łuk i welon na koniec! Jak wisienka na torcie, a przecież tortu jeszcze nie było! I w ogóle Sebastian dowaliłeś z tą gatką, aż mi się łezka w oku zakręciła. I ten las! Totalnie ciary miałam jak zawiało na początku. – Jako, że Geraldine już się poprawiła, to Moody nie miała za bardzo czego układać - z resztą i tak za bardzo nie znała się na tym jak te fałdki powinny spływać. Zamiast tego więc wygładziła własną kwietną kreację i poprawiła i tak asymetrycznie ułożony szal, szczupłe nieco nerwowe gesty zdradzały lekką nerwowość, która wciąż gdzieś tam w żyłach krążyła. Nic dziwnego. Nie było to jej naturalne środowisko, ale czego się nie robiło dla przyjaciół.