Ogień, który nie był zwykłym ogniem. Choć wiedzieli, że miał miejsce, to niestety nie uprzedzono ich o tym wcześniej. Uzdrowiciele, wspierający działania Czarnego Pana, mieliby czas dla nich przygotować wywar eliksiru, aby uchronić ich przed tym duszącym dymem, drażniącym gardła. Dlatego wciąż Nicholas uważał, że choć wykonali zadanie, powinno zostać odpowiednio przygotowane. Rozplanowane.
Słysząc Rodolphusa, cóż może uczynić to małe stworzenie, Nicholas nawet nie zamierzał tego czynić. Nie zamierzał dawać wolności temu stworzeniu. Niezależnie od tego, jak bardzo by kusiło swoim zachowaniem. Jak bardzo przykuwałoby swoją uwagę. Po prostu, polubił obserwowanie go. Nawet, jeżeli był za szklaną kopułą.
- Czyli nie jest dosłownie z tych prawdziwych. Interesujące.Skomentował, jakby upewniał sam siebie. Być może liczył na jakiś odmieniony gatunek dementora z dziwnym poczuciem humoru, który przejadł się szczęściem śmiertelników. Jak to mówią, co za dużo, to nie zdrowo.
W momencie, kiedy Lestrange zajął się stawianiem herbat na ławie, na podstawkach, dbając o detale równości, Travers spożył eliksir, aby poczuć ulgę gryzącego gardła. Aby uśmierzyć sobie ból po męczącym kaszlu. Czuł jak płyn rozgrzewa przełyk i jednocześnie go łagodzi. Tego potrzebował. Nawet, jeżeli zadziała na parę godzin.
- Poczułeś się, jakbyś miał prawdziwe zwierzę lub dziecko pod opieką?Zapytał odstawiając zakręconą fiolkę, z pozostałością eliksiru, nawiązując słowami do metody ukarania stworzenia, które najwyraźniej było stworzone z rzeczy materialnych, za pomocą magii. Przynajmniej jego motyle, nie były z magicznego papieru, a prawdziwe, sprowadzone kokony to hodowli.