- Sama tego nie wiem, na szczęście to był bardzo krótki czas w moim życiu. - Dosyć szybko potwierdziła to, że praca w Ministerstwie nie była dla niej, gdyby ktoś stwierdził, że pieprzy farmazony to przynajmniej mogła powiedzieć, że wcale nie - bo znalazła się w tym miejscu na te kilka miesięcy, o których zdecydowanie wolałaby nie pamiętać. Nie była stworzona do wypełniania papierów, przestrzegania regulaminów - których nie do końca rozumiała. Zresztą w przypadku zwierząt jak w ogóle można było mówić o jakichkolwiek zasadach, nigdy nie wiadomo, jak się zachowają, czasem trzeba było sięgać po dosyć drastyczne kroki, z których pewnie nikt z tych urzędasów wolałby się nie tłumaczyć. Zdecydowanie wolała być sama sobie szefem, nie musiała się dzięki temu przed nikim tłumaczyć ze swoich decyzji - no czasem ojcu, chociaż i to było już za nią. Darzył ją ogromnym zaufaniem i nigdy nie wątpiły, że robiła to, co było najbardziej słuszne, w końcu wychował ją na równego sobie łowcę, a może nawet nieco lepszego zważając na to, że robił się coraz starszy.
Na szczęście nie ona w ich małżeństwie była odpowiedzialna za dokumenty - inaczej pewnie musieliby wrócić, Geraldine była bowiem chodzącym chaosem i znając siebie zostawiłaby w domu jakąś kartkę, która wydawała się jej zupełnie nic nieznacząca, a w tym gabinecie okazałby się być najbardziej istotna ze wszystkich. Ona musiała tu tylko być - niby nic takiego, ale to również okazało się wcale nie takie łatwe.
Miała wrażenie, że w pomieszczeniu jest okropnie duszno, do tego do jej nozdrzy docierał dziwny zapach. Przymknęła na moment oczy, żeby przestać się na tym skupiać, bo zdawała sobie sprawę, iż może się to zakończyć nieco kontrowersyjnie. Oby Black - zwróciła uwagę na plakietkę z nazwiskiem znajdującą się na jego biurku pospieszył się z tym, co miał zrobić. Miała nadzieję, iż spieszy mu się do wyjścia równie mocno co im.
Usłyszała dźwięk klikających zatrzasków, wtedy otworzyła oczy, Roise wyciągał teczkę z dokumentami. - Na pewno jest wszystko. - Dodała jeszcze sugerując siedzącemu przed nimi mężczyźnie, że nie może być inaczej, no i że nie zamierza przyjąć pod uwagę innej możliwości. Tam musiało znajdować się wszystko, co było konieczne do załatwienia tej sprawy.
Obserwowała urzędnika uważnie, kiedy wertował dokumenty kartka za kartką, póki co chyba nie miał żadnych zastrzeżeń, a być może po prostu je ignorował - jeśli jakieś się pojawiły. Tak właściwie to mu się zupełnie nie dziwiła, nie było sensu z nimi dyskutować, i tak wiedzieli swoje.
Miała wrażenie, że na twarzy Black'a pojawił się wyraz konsternacji, do tego posłał jej małżonkowi dziwne spojrzenie - cóż, może nie patrzył na nią w tej chwili, ale to nie oznaczało, że ona nie zaczęła go w tym momencie zabijać wzrokiem. Trwało to jednak krótką chwilę, bo później pozwolił im podpisać te nieszczęsne papiery. Sięgnęła po pióro, zostawiła swój podpis tam gdzie pokazał, chyba mogli już się stąd zmyć, na szczęście, powoli zaczynała tracić cierpliwość.