21.10.2025, 22:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 01:13 przez Astoria Avery.)
Tłum zaczynał się powoli rozpraszać, a rytualna powaga ceremonii ustępowała miejsca lekkości, rozmowom i śmiechowi. Siedziała jeszcze przez chwilę na swoim miejscu, wyprostowana, z dłońmi złożonymi na kolanach. W jej postawie nie było sztywności - raczej dystans, chłodna elegancja, z jaką zawsze uczestniczyła w wydarzeniach, które wymagały obecności, lecz nie bezpośredniego zaangażowania.
Astoria patrzyła, jak Ambroise i Geraldine znikają w namiocie, wciąż spleceni ze sobą jak w rytualnym tańcu. Było w tym coś rozczulającego - ten sposób, w jaki Geraldine spoglądała na niego z miłością i jak on nie potrafił oderwać od niej wzroku. Pozwoliła więc sobie na krótką chwilę zachwytu. Wokół niej panował gwar i śmiech, lecz ona przez chwilę trwała w ciszy, z tym rzadkim uczuciem spokoju, które pojawiało się tylko wtedy, gdy patrzyła na szczęście bliskich.
Jej spojrzenie przesuwało się po ogrodzie, obserwując, jak wśród krzeseł pojawiały się ścieżki prowadzące do namiotu i stołów. Dźwięki rozmów narastały, a zapachy jedzenia i dymu z ognisk mieszały się w powietrzu, tworząc atmosferę ciepłą, niemal sielską. W oddali błyszczały tafle szkła i metaliczny połysk kieliszków, które kelnerzy unosili ponad tłum. Astoria powoli uniosła się z krzesła, poprawiła materiał sukni i ruszyła w stronę pergaminów z rozpisanymi nazwiskami. Zatrzymała się na chwilę, gdy zauważyła swoje imię - drobne litery zapisane staranną ręką. Miejsce nieco z boku, ale wciąż na tyle blisko, by mieć widok na parę młodą. Nie zamierzała narzekać.
Ruszyła w stronę baru płynnym, wyważonym krokiem, nie spiesząc się, ale też nie zatrzymując zbyt długo. Witała się skinieniem głowy z poszczególnymi osobami, inne celowo ignorowała. Nie zamierzała dziś wchodzić w żadne dyskusje ani konflikty, które mogłyby zepsuć zabawę Parze Młodej. Nie pozwoli się też sprowokować, choć przypuszczała, że nikomu tu i tak na tym nie zależy.
Zatrzymała się przy kontuarze, a ciepłe światło lampionów nad barem odbijało się w szkle butelek, w bursztynowych i rubinowych odcieniach. Spojrzała na kartę trunków. Nie była amatorką przesłodzonych koktajli, ale nie zamierzała też pić czystego alkoholu - nie dziś, gdy uroczystość wymagała elegancji, a nie odwagi. Jej wzrok zatrzymał się na pozycji nazwanej "Amour de Minuit" - mieszance szampana z kroplą likieru z czarnej porzeczki, płatkiem róż i cienkim, skręconym plastrem cytryny. Drink miał delikatny, głęboki kolor - coś pomiędzy rubinem a fioletem - i subtelnie pachniał różanym ogrodem. Idealny.
Kiedy barman postawił przed nią kieliszek, uniosła go z lekkim skinieniem głowy, podziękowała cicho i ruszyła w stronę stołów. Szkło zadrżało lekko między jej palcami, gdy przeszła przez miękką trawę i dotarła do miejsca wyznaczonego jej imieniem. Usiadła z prostymi plecami, jakby miała w sobie niewidzialny gorset z manier i dumy, a mimo to wyglądała naturalnie, jakby każda poza była jej własnym wyborem, nie obowiązkiem. Odstawiła kieliszek na stół, a jej wzrok, błądzący po tłumie w poszukiwaniu znajomych twarzy, zatrzymał się wreszcie na sylwetce Prudence, która była w towarzystwie mężczyzny. Astoria uniosła brew z zaciekawieniem, pozwalając sobie na krótką obserwację tej dwójki. Widać było, że dopiero szukali swojego miejsca.
Uniosła więc dłoń i zawołała ją cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by przebijało się przez gwar rozmów i muzykę.
- Pru! - jej głos zabrzmiał lekko, cieplej niż zazwyczaj, z nutą autentycznej ulgi. Kiedy spojrzenia kobiet się spotkały, wskazała miejsce obok. W oczekiwaniu, aż koleżanka do niej dołączy, obserwowała, jak para zbliża się powoli w jej stronę, a ciekawość zżerała ją żywcem, bo przecież nic nie mówiła, że się z kimś spotyka.