Lestrange z pewną pobłażliwą ironią pomyślał, że Matka chyba rzeczywiście postanowiła im dziś sprzyjać, bo formalna część uroczystości dobiegła końca bez żadnych większych zakłóceń, co było miłą odmianą od kilku ostatnich przyjęć zaręczynowych, ślubów i sabatów. Cornelius poprawił mankiety, dopilnowując, by zapięcie spinek leżało idealnie prosto, niby drobiazg, a jednak czuł, że właśnie takie szczegóły pozwalały mu utrzymać pozory pełnej kontroli. Zresztą, nie było to jedynie pozorem, opanowanie stanowiło jego drugą naturę, a spokój, który zachowywał nawet w środku chaosu, był bardziej automatyzmem niż wysiłkiem. Po zadbaniu o detale własnego wyglądu, zatrzymał spojrzenie jeszcze na chwilę na przyjaciołach, którzy wciąż trwali w tym niemal nierealnym obrazie. Tylko oni dwoje, ogień, wiatr, odfruwający welon, spojrzenia, które mówiły wszystko, czego żadne słowa nie były w stanie przekazać. Nie był sentymentalny, przynajmniej nie jawnie, ale nawet on musiał przyznać, że był to widok, który należał do rzadkich i bardzo przyjemnych dla oka, Corio naprawdę życzył im jak najlepiej, szczególnie po wszystkich wcześniejszych przebojach i tym, jacy byli męczący, gdy torpedowali go każde ze swojej strony, przez ostatni rok z hakiem, wydający mu się wiecznością. Tak, cieszył się, że mieli to już za sobą, naprawdę, tak było lepiej. Obrączki zostały wymienione, śluby wypowiedziane, a świat, przynajmniej przez chwilę, wyglądał dokładnie tak, jak powinien.
Na półprzytomny komentarz Millie, że przyjaciółka Geraldine „nie chce jej siary zrobić”, Lestrange uniósł tylko brew, a w jego oku zamigotał cień rozbawienia. Stanowili bardzo osobliwe połączenie, dla kogoś postronnego mogło to wyglądać jak typowy kontrast dwóch światów, które w żaden sposób nie powinny się ze sobą spotkać, a jednak, jakimś cudem, to całkiem dobrze grało, przynajmniej do tej pory.
Gdy młodzi ruszyli w stronę namiotu, oni także, jak przystało, musieli ruszyć tuż za nimi. Ku jego zadowoleniu, niemal przez całą drogę szli ramię w ramię, ręka pod rękę, wyglądając jak poważni świadkowie ceremonii, w której błogosławiono połączenie dwóch rodzin, dwóch temperamentów i, jak zdawało się w tym momencie, dwóch absolutnie niepodważalnych pewności, że Roise nie zaliczy spotkania z glebą...
Nie zaliczył. Za to oni...
Cornelius nie spodziewał się subtelności po towarzyszce, zresztą, chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwałby po Mildred Moody czegokolwiek, co dałoby się określić tym mianem, kiedy więc to ona, zamiast pana młodego, potknęła się tuż przed wejściem do namiotu i rzuciła kurwą, westchnął tylko cicho, jak ktoś, kto po prostu wiedział, że tak będzie. Nie musiał nawet spoglądać w jej stronę - ruchy miał zbyt wyuczone, zbyt mechaniczne, by pozwolić jej upaść, odruchowo wyciągnął drugą rękę i ustabilizował ich oboje, nim jeszcze zdążyła dokończyć przekleństwo, którym obdarzyła ziemię, pogodę, własne buty i, być może, los w ogóle.
- Ostrożnie. Nie chciałbym wypełniać dodatkowego raportu po uroczystości. - Rzucił sucho, choć kącik ust drgnął mu lekko, gdy usłyszał to krótkie, soczyste „kurwa”. Ton jego głosu sugerował, że nie mówił tego ze złośliwością, a raczej z pewną pobłażliwością, której nawet on sam nie byłby w stanie do końca wytłumaczyć. Może to była kwestia ogólnej atmosfery, może tego, że i on sam był w dziwnie dobrym nastroju. - Mięso miało być po zmroku. - Mruknął, zgodnie ze swoim manieryzmem, nawet nie odwracając głowy. Nie było sensu dręczyć jej spojrzeniem, więc skierował wzrok przed siebie, lekko rozchylając kotarę wejścia, by przepuścić ją pierwszą.
Weszli do namiotu, a gdy Cornelius poczuł zapach atramentu, pergaminów i wosku z pieczęci, skumulowane w nim nieświadomie napięcie ceremonii rozproszyło się w powietrzu. Miejsce sakralnej podniosłości zajęło coś znacznie bliższego codzienności - formalności, tak, w tym był dobry, bez słowa więc stanął obok stołu i skinął lekko głową w stronę Ambroise’a, który wyglądał na nieco zbyt szczęśliwego, by tak naprawdę przejmować się podpisami. Geraldine również trzymała się świetnie, wyglądała, jakby płonęła tym samym ogniem, który chwilę wcześniej rozpalił stos. Ani trochę nie zdziwiło go jednak, że z ich towarzystwa, to Millie odezwała się pierwsza, chyba miała to w zwyczaju, emanowała skumulowaną energią, wyrzucając z siebie słowa w tempie, którego Cornelius raczej nie byłby w stanie naśladować na trzeźwo. Z nieznacznym uśmiechem słuchał, gdy zasypywała towarzystwo zachwytami nad ceremonią, Sebastianem, lasem, welonem... Wydawało mu się, że w jej głowie wszystkie słowa pędziły z prędkością uciekającego znicza, a że miała doświadczenie w jego łapaniu, wypluwała je z siebie tak szybko, jak tylko mogła, by jakaś myśl jej przypadkiem nie uciekła. Corio słuchał tego tylko jednym uchem, przestępując lekko z nogi na nogę, poprawiając mankiet i spoglądając na dokumenty. Na słowa Millie o Blackach tylko uniósł brew wyżej. Obracał się już zbyt długo w towarzystwie Geraldine i Ambroise’a, by dziwić się, że przyciągali ludzi o takiej energii, więc po prostu wziął głęboki oddech, odczekał, aż Moody skończy, i dopiero wtedy pozwolił sobie na krótką, rzeczową odpowiedź.
- Och, Blackowie… - Powiedział z taką intonacją, jakby samo to nazwisko wystarczało za pełen komentarz. Dokładnie tak było, Perseus Black, w istocie, nie był ulubionym człowiekiem Corneliusa, nie była nim również małżonka Perseusa. A wesele? Cóż, Millie miała świętą rację, nawet jeśli Corio nie spodziewał się, że to powie i… Nie powiedział.