Podobne ceremonie miały to do siebie, że nawet jeśli były bardzo piękne, to w pewnym momencie zaczynały się dłużyć. Każdy miał swoją cierpliwość, skupienia wystarczało na trochę, jednak trudno było usiedzieć w miejscu, praktycznie milcząc spoglądając na ołtarz, bez względu na to, jakże interesujące nie byłby słowa padające z ust tych, którzy znajdowali się na piedestale.
Oczywiście można było sobie umilić ten czas, dzisiaj dzięki wyjątkowemu towarzystwu właśnie tak się stało. Wymiana spostrzeżeń z Bnejy'm okazała się być na tyle zajmująca, że nim się obejrzała dotarli do momentu, w którym młodzi schodzili z ołtarza. Nie spodziewała się, że tak to będzie wyglądało, ale widać wszędzie można było się odnaleźć mając u swojego boku odpowiednią osobę. Zresztą zaczęła zauważać, że przy tym mężczyźnie nie można się było nudzić, nawet w sytuacjach, które mogły się wydawać najbardziej oczywiste, czy nudne, wszystko nabierało kolorów.
Gdy usłyszała jego kolejne słowa wstrzymała oddech, była bardzo bliska roześmiania się w głos, ale wiedziała, że jeśli to zrobi, to na pewno ktoś na nich spojrzy i pewnie będzie się zastanawiał dlaczego się tak dobrze bawią. Wizja przebranżowienia się przez obecną sytuację panującą na świecie nie powinna jej bawić, jednak nie wiedzieć czemu było zupełnie odwrotnie. Zrobiła się czerwona na twarzy, a po jej policzku spłynęła łza. Popłakała się ze śmiechu, na szczęście okazja była na tyle wzruszająca, że można to było uznać za bardzo sentymentalne podejście.
- Nie wątpię, że widziałeś bardzo wiele. - Spodziewała się, że nie tylko widział, ale również przeżył wiele, ale tego nie dodała, żeby nie brnąć w ten temat, nie był to odpowiedni czas i miejsce na podobne historie. No, może trochę później, jak już wszyscy będą zajęci sobą, wtedy będzie mogła wrócić do tematu i być może nauczyć się czegoś nowego.
- Kto wie, co robią w tym namiocie, być może w tej chwili Ambroise zostaje napojony jakimś eliksirem, żeby nie było po nim widać tego, ile go to kosztowało. - Doceniała starania swojego sojusznika, ale zdawała sobie sprawę, że mogły być one dość mocno wymagające fizycznie, a on miał jeszcze przed sobą wiele godzin, podczas których musiał być w formie, być może jakaś wspomagająca mikstura byłaby dobrym pomysłem. Cóż, znajdowała się na tyle daleko, że nie mogła mu tego zasugerować, z drugiej strony Greengrass był przecież wyśmienitym uzdrowicielem - na pewno sam doszedł do odpowiednich wniosków.
Podnieśli się z miejsca, znowu miała szansę oprzeć się na swoim partnerze podczas spaceru w stronę stolików przy których mieli się teraz znaleźć. To ułatwiało manewrowanie między gośćmi, zdecydowanie. - Obawiam się, że tych nazwisk może być z dwieście, nie sto. - Co jeszcze bardziej komplikowało sprawę, ale musieli być dzielni, nie z takimi przeciwnościami losu przecież potrafili sobie poradzić, przetrwali razem pożary - na pewno uda im się również jakoś przeżyć poszukiwanie swoich miejsc. - Dziwisz się jej? Mam wrażenie, że Matka może nas mieć za ignorantów. - Może czas najwyższy zacząć bywać co niedzielę w kowenie, tylko czy to mogłoby pozwolić im się bardziej wkupić w jej łaski? Nie do końca w to wierzyła.
- Czasem rozmowa o pogodzie jest najlepszym co się może zdarzyć. - Nie miała jakichś szczególnych oczekiwań, co do towarzystwa, raczej spodziewała się, że nie będzie znała większości z gości, bo to nie był do końca jej świat. Zresztą znalazła się tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że miała być osobą towarzyszącą Benjy'ego, gdyby nie on to by się tutaj nie pojawiła, co mówiło samo za siebie.
Całkiem zgrabnie manewrowali między tłumem, mijali kolejne obce twarze, może czasem nawet wydawało się jej, że niektóre z nich kojarzy. Była skupiona na tym, żeby się nie przewrócić, póki co nie widziała jeszcze, aby komuś coś takiego się przytrafiło i wolałaby nie być pierwszą, bo to zwróciłoby na nią uwagę. Uniosła wzrok w chwili, w której usłyszała swoje imię. Szukała spojrzeniem osoby, która mogłaby ją znać. Może chodziło o inną Prue - to również było prawdopodobne, aczkolwiek głos, głos był znajomy, całkiem szybko udało jej się dostrzec znajomą sylwetkę stojącą przy jednym ze stołów.
Dała znać gestem, że usłyszała wołanie, poczuła na sobie spojrzenie Fenwicka, więc uniosła wzrok i powiedziała cicho - Astoria. Nie, żeby miało mu to coś powiedzieć, ale w ten sposób chyba po prostu dała znać o tym, że faktycznie zna tę kobietę, a jakżeby inaczej.
Ruszyli w jej kierunku, Bletchley nie spodziewała się, że spotka tu swoją przyjaciółkę, co może było złym założeniem. W końcu Avery należała do grona elity, tacy jak ona mijali się na podobnych przyjęciach, zapraszali się na kolejne, w końcu byli śmietanką towarzyską świata czarodziejów. Ona w przeciwieństwie do niej pasowała idealnie do zaproszonych gości. Prue być może wiedziała jak się zachować, posiadała odpowiednie maniery, jednak nigdy nie była częścią tego świata i o tym nie zapominała, wręcz przeciwnie bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z hierarchii, która istniała.
- Cześć Astoria. - Powiedziała lekko, przywitała przyjaciółkę uśmiechem, czuła, że nie wypada w tej chwili jej obejmować, nie były bowiem w bezpiecznych, czterech ścianach, a w miejscu, w którym ich zachowanie mogło zwrócić uwagę wielu osób. - Nawet nie wiesz jak dobrze jest zobaczyć znajomą twarz pośród tylu obcych. - Od tego warto było zacząć, naprawdę ucieszył ją widok kogoś kto był jej bliski, szczególnie, że minął jakiś czas od ich ostatniego spotkania.
Wypadało, aby przedstawiła swojego partnera, tak, to było całkiem oczywiste. Gdy Benjy wyjawił swoje personalia odezwała się, wiedziała, że to jest ten moment, w którym powinna zwrócić uwagę na to, kim dla niej był. - Benjy to mój... - Chcąc nie chcąc na chwilę zamilkła, ułamek sekundy, ale dało się wyczuć zawahanie w jej głosie. Mogła przedstawić go na wiele sposobów, był w końcu jej tymczasowym chłopakiem, przyjacielem, towarzyszem, naprawdę mogła sięgnąć po różne słowa, i żadne z nich nie byłoby kłamstwem. - Benjy to mój przyjaciel. - Dokończyła myśl. Ten moment zawieszenia, bardzo krótki, choć zauważalny nie był w przypadku Prue niczym nowym, mógł sugerować, że zwyczajowo dla siebie na chwilę zagubiła się w swoich myślach. - Astoria to również moja przyjaciółka. - No, może w nieco innym tego słowa znaczeniu, ale jak wiadomo przyjaźń miała wiele oblicz.
Uniosła głowę, by spojrzeć na Fenwicka, - Może wodę? - Coś w tonie jego głosu sugerowało jej, że nie był to moment, w którym powinna odmawiać. Nie zamierzała zaczynać tej części ślubu od alkoholu, bo sporo było jeszcze przed nimi, więc wybrała najprostsze rozwiązanie.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control