22.02.2023, 03:14 ✶
Na ustach Ulyssesa pojawiło się coś, co od biedy można było wziąć za słaby – wywołany magiczną herbatą – uśmiech. Nie sprawił on, by jego poważna twarz nagle rozpogodziła się jak słońce na niebie, wyglądał raczej dziwnie niepasująco, jakby Rookwood sam był nienawykły do tego, że jego usta zdolne są do podobnego grymasu.
Zapatrzył się na Cathala. Raczej nie po to by podziwiać jego opaleniznę lub pojaśniałe od słońca włosy, choć w tej chwili był nawet skłonny przyznać na głos, że ten wygląd pasował mu bardzo, ale by pokazać mu, że interesowało go, co mówił. Drgnął słysząc o Göbekli Tepe. Zmarszczył czoło, przypominając sobie, że we śnie Shafiq obiecał mu podróż w tamto miejsce. Jakie to było osobliwe zrządzenie losu, że wczoraj śnił o nim w tym przeklętym śnie, a dzisiaj, podczas rozmowy padła akurat ta nazwa. Przed oczami stanął mu stojący w lesie, podczas burzy z piorunami Cathal. Porównywał jego twarz – tę ze snu z tą, którą widział teraz. Były identyczne, albo teraz wydawało mu się, że takie były.
Ulysses poczuł uścisk w żołądku. Napił się herbaty, by zamaskować swoje zmieszanie.
- Nie masz pojęcia, jak czasami ci zazdroszczę – powiedział znowu, gdzieś w połowie własnych słów zdając sobie sprawę, że wypowiada je na głos. Nie nawykł do mówienia takich rzeczy innym ludziom. Ba, nawet nie miał ich komu mówić. A jak na złość, jego język jeszcze nie skończył wszystkiego, co miał do powiedzenia. – Masz odwagę by żyć tak, jak chcesz. Podróżujesz. Odkrywasz nieznane. Badasz przeszłość. Widzisz relikty, o których istnieniu większość nawet nie ma pojęcia. To niesamowite.
To naprawdę było niesamowite. Dużo bardziej fascynujące od tego, co robił w życiu Ulysses. Jego praca polegała głównie na tym, by przywrócić do porządku to, co zostało zniszczone przez magię w świecie mugoli. Czasami nawet przywracał do porządku to, co zrobił jego własny ojciec albo on sam.
- Czego takiego będziesz szukał w Walii? – zainteresował się. A chwilę później, na jego twarzy naprawdę zadziała się magia. Nie, nie uśmiechnął się znowu, tym nieporęcznym, niezdarnym uśmiechem, ale widocznie rozpromienił Blade policzki, których nigdy nawet nie musnęło egipskie słońce, nabrały koloru a oczy rozbłysły w zadowoleniu. Jak to przyjemnie było usłyszeć, że jego nic nie znaczące hobby okazało się przydatne. – Co było w środku? – zaciekawił się.
Gdzieś w połowie znowu przeszło mu przez myśl, że przecież śnił o tym tej nocy. Śnił w pięknym śnie, który dopiero przy końcu zamienił się w koszmar, którego ślady nosił na ręku. Obrócił głowę ku zranionej ręce. Nie była tak mocno raniona jak we śnie, ale ślady po nożu pozostawały całkiem wyraźne, choć teraz skryte pod wykrochmaloną koszulą i ciemną marynarką.
Nawet jakby chciał powiedzieć Cathalowi o śmie, to nie wiedział jak miałby to zrobić. Jak zrobić to w taki sposób, by nie wyjść ani na głupca, ani na desperata.
- Nie musiałeś mi nic przywozić – powiedział, ale nie był już w stanie dodać, że to właściwie było niepotrzebne, bo chociaż tak wypadało, to trochę potrzebował tych drobiazgów od Shafiqa.
Zapatrzył się na Cathala. Raczej nie po to by podziwiać jego opaleniznę lub pojaśniałe od słońca włosy, choć w tej chwili był nawet skłonny przyznać na głos, że ten wygląd pasował mu bardzo, ale by pokazać mu, że interesowało go, co mówił. Drgnął słysząc o Göbekli Tepe. Zmarszczył czoło, przypominając sobie, że we śnie Shafiq obiecał mu podróż w tamto miejsce. Jakie to było osobliwe zrządzenie losu, że wczoraj śnił o nim w tym przeklętym śnie, a dzisiaj, podczas rozmowy padła akurat ta nazwa. Przed oczami stanął mu stojący w lesie, podczas burzy z piorunami Cathal. Porównywał jego twarz – tę ze snu z tą, którą widział teraz. Były identyczne, albo teraz wydawało mu się, że takie były.
Ulysses poczuł uścisk w żołądku. Napił się herbaty, by zamaskować swoje zmieszanie.
- Nie masz pojęcia, jak czasami ci zazdroszczę – powiedział znowu, gdzieś w połowie własnych słów zdając sobie sprawę, że wypowiada je na głos. Nie nawykł do mówienia takich rzeczy innym ludziom. Ba, nawet nie miał ich komu mówić. A jak na złość, jego język jeszcze nie skończył wszystkiego, co miał do powiedzenia. – Masz odwagę by żyć tak, jak chcesz. Podróżujesz. Odkrywasz nieznane. Badasz przeszłość. Widzisz relikty, o których istnieniu większość nawet nie ma pojęcia. To niesamowite.
To naprawdę było niesamowite. Dużo bardziej fascynujące od tego, co robił w życiu Ulysses. Jego praca polegała głównie na tym, by przywrócić do porządku to, co zostało zniszczone przez magię w świecie mugoli. Czasami nawet przywracał do porządku to, co zrobił jego własny ojciec albo on sam.
- Czego takiego będziesz szukał w Walii? – zainteresował się. A chwilę później, na jego twarzy naprawdę zadziała się magia. Nie, nie uśmiechnął się znowu, tym nieporęcznym, niezdarnym uśmiechem, ale widocznie rozpromienił Blade policzki, których nigdy nawet nie musnęło egipskie słońce, nabrały koloru a oczy rozbłysły w zadowoleniu. Jak to przyjemnie było usłyszeć, że jego nic nie znaczące hobby okazało się przydatne. – Co było w środku? – zaciekawił się.
Gdzieś w połowie znowu przeszło mu przez myśl, że przecież śnił o tym tej nocy. Śnił w pięknym śnie, który dopiero przy końcu zamienił się w koszmar, którego ślady nosił na ręku. Obrócił głowę ku zranionej ręce. Nie była tak mocno raniona jak we śnie, ale ślady po nożu pozostawały całkiem wyraźne, choć teraz skryte pod wykrochmaloną koszulą i ciemną marynarką.
Nawet jakby chciał powiedzieć Cathalowi o śmie, to nie wiedział jak miałby to zrobić. Jak zrobić to w taki sposób, by nie wyjść ani na głupca, ani na desperata.
- Nie musiałeś mi nic przywozić – powiedział, ale nie był już w stanie dodać, że to właściwie było niepotrzebne, bo chociaż tak wypadało, to trochę potrzebował tych drobiazgów od Shafiqa.