22.02.2023, 06:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 06:42 przez William Lestrange.)
Trudno było złapać oddech, przyzwyczaić rozjuszony absolutnym chaosem umysł do spokojniejszych warunków. Nic dziwnego, że William w pierwszym momencie wciąż miał panikę w oczach, zwłaszcza, że przy upadku bardzo mocno uderzył się w głowę, to z zasady nie pomagało w szybkim orientowaniu się. Dopiero, gdy odnalazł spojrzeniem swojego kompana, a ten zdawał się, sądząc po tym co mówił i jak zwinnie się poruszał, nie być w stanie agonalnym, uspokoił rozszalałe myśli, spanikowanie ściskiem w tłumie i głośnymi wybuchami, gorącymi płomieniami.
Dzwoniło mu w uszach, więc przycisnął jedno z nich, starając się wyciszyć. Powoli pozbierał się, aby nie leżeć obłogiem na deskach sklepu, acz wciąż nie wstał z podłogi, rozglądając się dookoła i mimochodem zerkając na zewnątrz, gdzie wciąż rozgrywały się dantejskie sceny.
- Nie wiem - odparł w pierwszym momencie, wciąż oszołomiony, acz jego słowa były szczere. Potarł wierzchem dłoni nos, a potem czoło, przymykając na chwilę oczy i biorąc głęboki oddech. Nie był przyzwyczajony do tłumów w normalnych warunkach, a co dopiero do tak agresywnych zbiegowisk; za progiem sklepu adrenalina buzowała, reakcje były automatyczne, tutaj, w zaciszu sklepu, świadomość pukała do zbiorowiska nieprzyjemnych myśli.
- Odpychające, ale wzmocnione, tak myślę. Tak, raczej na pewno, musiało wyjść okropnie źle, albo też okropnie dobrze, skoro tak szybko znaleźliśmy się u celu - parsknął pod nosem, bo sposób może nie był idealny, nawet nie przemyślany, ale skoro zadziałał, jak powinien, to nie można było narzekać.
Rozejrzał się za swoją różdżką, bo jej nieobecność zaczynała go powoli martwić. Pomacał dłońmi kieszenie i resztę ubrania, jaką miał na sobie. Wyciągnał z wewnetrznej kieszeli okulary, niewielkie, acz teraz ze zbitymi szkłami. Skrzywił się - Nie pierwszy i nie ostatni raz w tym miesiącu - wymamrotał bardziej do siebie, niż do Ollivandera, a oprawki z resztkami szkieł wsunął z powrotem na swoje miejsce, kontynuując poszukiwania różdżki.
Rozejrzał się, marszcząc brwi, bo podłoga była równie drewniana, co jego 'magiczny kijek', choć musiał przyznać, że surowiec z jakiego był zrobiony miał definitywnie ciemniejszy od desek w sklepie. Przesunął się odrobinę w przod, szorując pośladkami po posadzce i ostatecznie podnosząc się chwiejnie do pionu, wtedy ją zobaczył. Leżała tam, gdzie on przed chwilą siedział. Podniósł złamane drewno i spojrzał na Fergusa, to na przedmiot, który jeszcze chwilę temu uratował im skórę.
- Cóż, zawsze mogłem ją złamać w sklepie nie-różdżkarskim, to zawsze jakiś pozytyw - mruknął pod nosem i spojrzał po poukładanych w skrupulatnym porządku pudełeczkach z nowymi różdżkami.
Strzepnął z siebie kurz, który zapewne zaległ na ubraniu jeszcze przez odgrywające się na zewnatrz drastyczne sceny.
- Wydaje mi się, że charłaki i ich sprzymierzeńcy, z zasady, nie są agresywni, komuś definitywnie musiało się nie podobać, że chcieli sobie w spokoju przemaszerować przez Pokątną - stwierdził, bo nie trzeba było geniusza (którym, tak czy siak, był), aby dojść do takiego wniosku.
- I, odpowiadając na twoje pytanie, zdaję się, że jestem żywy, chodzę o własnych siłach, nawet udało mi się złamać różdżkę, jakbym nie żył chyba bym nie był tak żwawy. Chociaż, wampir czy ghoul też potrafią wszystko to, co wymieniłem - tak, Lestrange miał przedziwne poczucie humoru, nie bez powodu zazwyczaj siedział w swoim towarzystwie (reszta po prostu za rzadko śmiała się z jego żartów, uważając je za raczej martwiące, może i słusznie).
Dzwoniło mu w uszach, więc przycisnął jedno z nich, starając się wyciszyć. Powoli pozbierał się, aby nie leżeć obłogiem na deskach sklepu, acz wciąż nie wstał z podłogi, rozglądając się dookoła i mimochodem zerkając na zewnątrz, gdzie wciąż rozgrywały się dantejskie sceny.
- Nie wiem - odparł w pierwszym momencie, wciąż oszołomiony, acz jego słowa były szczere. Potarł wierzchem dłoni nos, a potem czoło, przymykając na chwilę oczy i biorąc głęboki oddech. Nie był przyzwyczajony do tłumów w normalnych warunkach, a co dopiero do tak agresywnych zbiegowisk; za progiem sklepu adrenalina buzowała, reakcje były automatyczne, tutaj, w zaciszu sklepu, świadomość pukała do zbiorowiska nieprzyjemnych myśli.
- Odpychające, ale wzmocnione, tak myślę. Tak, raczej na pewno, musiało wyjść okropnie źle, albo też okropnie dobrze, skoro tak szybko znaleźliśmy się u celu - parsknął pod nosem, bo sposób może nie był idealny, nawet nie przemyślany, ale skoro zadziałał, jak powinien, to nie można było narzekać.
Rozejrzał się za swoją różdżką, bo jej nieobecność zaczynała go powoli martwić. Pomacał dłońmi kieszenie i resztę ubrania, jaką miał na sobie. Wyciągnał z wewnetrznej kieszeli okulary, niewielkie, acz teraz ze zbitymi szkłami. Skrzywił się - Nie pierwszy i nie ostatni raz w tym miesiącu - wymamrotał bardziej do siebie, niż do Ollivandera, a oprawki z resztkami szkieł wsunął z powrotem na swoje miejsce, kontynuując poszukiwania różdżki.
Rozejrzał się, marszcząc brwi, bo podłoga była równie drewniana, co jego 'magiczny kijek', choć musiał przyznać, że surowiec z jakiego był zrobiony miał definitywnie ciemniejszy od desek w sklepie. Przesunął się odrobinę w przod, szorując pośladkami po posadzce i ostatecznie podnosząc się chwiejnie do pionu, wtedy ją zobaczył. Leżała tam, gdzie on przed chwilą siedział. Podniósł złamane drewno i spojrzał na Fergusa, to na przedmiot, który jeszcze chwilę temu uratował im skórę.
- Cóż, zawsze mogłem ją złamać w sklepie nie-różdżkarskim, to zawsze jakiś pozytyw - mruknął pod nosem i spojrzał po poukładanych w skrupulatnym porządku pudełeczkach z nowymi różdżkami.
Strzepnął z siebie kurz, który zapewne zaległ na ubraniu jeszcze przez odgrywające się na zewnatrz drastyczne sceny.
- Wydaje mi się, że charłaki i ich sprzymierzeńcy, z zasady, nie są agresywni, komuś definitywnie musiało się nie podobać, że chcieli sobie w spokoju przemaszerować przez Pokątną - stwierdził, bo nie trzeba było geniusza (którym, tak czy siak, był), aby dojść do takiego wniosku.
- I, odpowiadając na twoje pytanie, zdaję się, że jestem żywy, chodzę o własnych siłach, nawet udało mi się złamać różdżkę, jakbym nie żył chyba bym nie był tak żwawy. Chociaż, wampir czy ghoul też potrafią wszystko to, co wymieniłem - tak, Lestrange miał przedziwne poczucie humoru, nie bez powodu zazwyczaj siedział w swoim towarzystwie (reszta po prostu za rzadko śmiała się z jego żartów, uważając je za raczej martwiące, może i słusznie).
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated