22.02.2023, 09:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 09:22 przez William Lestrange.)
Gdyby miał siłę się nad tym zastanowić, zapewne uznałby, że w prawdzie chcą się ze sobą dogadać, w końcu nie bez powodu mówiło się, że ludzie po paru kieliszkach alkoholu zaczynają być do bólu szczerzy. Ich problemem była bezpośredniość, którą przerzucali się na codzień, nie biorąc jeńców. W sytuacji, gdy trunek stawał się katalizatorem, słowa przychodziły swobodniej, ruchy o wiele naturalniej, a zrozumienie przychodziło jak kolejny, zamówiony przy barze drink.
Przetrawił słowa małżonki, pozwalając im wsiąknąć w umysł. Z początku poczuł się niejako urażony, bo dlaczego musiała doszukiwać się w nim złośliwości nawet teraz? Czy, gdyby nie jej własne akcje i ostre słowa, w ogóle miałby powód, aby się w nią uzbrajać? Prawdopodobnie nie. Z natury był osobą ugodową, acz nie całkowicie podporządkowującą się. Potrafił iść na wiele ugód, ale nie całkowicie się zdeptać, zrównać z ziemią, na to był, po prostu, zbyt inteligentny i, chociaż nie myślał o tym zbyt często, to był powód rozwoju jak i klęski ich relacji.
- Nie, irytują mnie rzeczy i osoby, które wchodzą pomiędzy nas, jak ten mebel teraz - odparł zdecydowanie, choć normalnie pewnie by się zająknął, albo tylko mu się tak wydawało. Być może dawał sobie zbyt mały kredyt zaufania, oh gdyby posiadał pewność siebie, którą nagradzało go wypite wino, na codzień... Życie byłoby prostsze - tak mu się przynajmniej wydawało, ulegał temu złudzeniu, było przyjemne.
William był pełen sekretów, nawet dla samego siebie. Z roku na rok odkrywał nowe zachowania, umiejętności, o których nie miał pojęcia. Dałby sobie rękę uciąć (no, może tylko palec), że miało to związek ze zmianą środowiska i nabywaniem doświadczenia w jakichkolwiek interakcjach międzyludzkich, w końcu wciąż chadzał na obiadki u Malfoyów oraz wyjeżdżał na naukowe konferencje, mimo spędzania sporej ilości czasu w nieszczęsnej piwnicy.
Poczuł, że kobieta się spięła, więc nie wykonywał gwałtowniejszych ruchów, pozostając czujnym w kwestii tego, do czego prowadziła sytuacja. Nie chciał jej niczego narzucać, chociaż coraz częściej mu się wydawało, że pomimo swoich słów, tego od niego wymagała - większego zdecydowania, stawiania na swoim. Nie rozumiał sprzecznych komunikatów, zwłaszcza gdy w trzeźwym stanie analizował tę sprawę. Teraz ostatkiem sił powstrzymał się od odwrócenia żony przodem do siebie i prawdopodobnie dobrze, bo sama zrobiła to o wiele zgrabniej, przysuwając się.
Nieistotne, nazwiska mnie nie interesują, chciał powiedzieć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, obejmując blondynkę rękoma w talii, układając chłodne dłonie na rozgrzanych, odsłoniętych teraz, lędźwiach.
Dla Eden nazwisko się liczyło, rodzina grała ważną rolę, nawet jeżeli zachowywała się tak, jakby nie obchodziło jej nic, poza własnym nosem. Dopiero co mu to wypomniała, pare dni temu przy śniadaniu, oskarżając, że się nią nie interesuje. Wiedział, że to kłamstwo, myślał o niej, chciał dla niej dobrze, po prostu ich wartości i priorytety były gdzie indziej, teraz mógł to przed sobą przyznać, chociaż pewnie następnego dnia, ta sprawa znów stanie się okropnie chaotyczna, zasnuta błędami przeszłości, niepewnością i innymi pozorami, które na siebie nakładał, mimowolnie, z przyzwyczajenia.
Logika podpowiedziała, że to, co chciał powiedzieć, było ostatnim, co powinno wychodzić z jego ust.
- Z Lestrange ci do twarzy - czy powinien był to mówić? Nie był pewien, bo stąpał po grząskim gruncie, ale jednocześnie czuł, że musi jakoś zaznaczyć, iż chce aby nosiła jego nazwisko. Nie potrafił zrozumieć skąd to nagłe pragnienie się pojawiło, zabłąkany w oparach alkoholowych umysł podpowiadał parkiet balu charytatywnego, pieczenie przeciętego naskórka zdobnym szkłem Longbottomów, ale nie chciał teraz o tym myśleć. Ciepło Eden przyjemnie go odurzało, podbijając uczucie nocnego upojenia. Chciał się w nim zanurzyć, utonąć i już nigdy nie wypływać, nie wracać do szorstkiej rzeczywistości, gdzie nie dogaduje się ze swoją partnerką.
- I dlatego z jednym tańczyłaś? - pozwolił sobie na zbyt dużo swobody w myślach i nie powstrzymał tych słów. Nie były wypowiedziane z pretensją, a przekorą, czystą satysfakcją, że mógł coś takiego wytknąć. Jego ton pozostawał spokojny, miarowy, czego nie można było powiedzieć o bijącym w rozszalałym rytmie sercu, choć ono definitywnie po prostu wyrywało się z piersi, aby udowodnić, że William Lestrange, mimo wszystko, darzy swoją żonę ciepłymi uczuciami.
- Skoro jesteś taka dobra w ukrywaniu kochanków, może w odkrywaniu też spróbujesz swoich sił? - użył gierki słownej, odnotowując w głowie, że będzie musiał sobie za to pogratulować jak wytrzeźwieje - Nie powiem ci, dopóki ty nie odpowiesz na moje pytanie, przykro mi, to nie podchodzi żadnym negocjacjom - jego ton wciąż zabarwiony był przekorą, choć tym razem z nutą rozbawienia, jakby po prostu ciągnął grę i, nawet jeżeli przegra, to nie będzie z tego powodu zły. Nie był świadomy, że cokolwiek, co teraz powie mogłoby wywołać kłótnie, bliskość Eden była zbyt przyjemna, a poza tym, nie podejrzewał jej o całkowitą utratę poczucia humoru. Powoli uświadamiał sobie, że to z powodu braku bliskości mógł być taki zgorzkniały... Ale czy na pewno? Nie, nie. Nie chciał o tym myśleć.
Nachylił się i, prawdopodobnie nie chcąc się dowiadywać, czy to, co powiedział było strzałem w dziesiątkę czy kompletnym ominięciem tarczy, złączył ich usta w pocałunku.
Przetrawił słowa małżonki, pozwalając im wsiąknąć w umysł. Z początku poczuł się niejako urażony, bo dlaczego musiała doszukiwać się w nim złośliwości nawet teraz? Czy, gdyby nie jej własne akcje i ostre słowa, w ogóle miałby powód, aby się w nią uzbrajać? Prawdopodobnie nie. Z natury był osobą ugodową, acz nie całkowicie podporządkowującą się. Potrafił iść na wiele ugód, ale nie całkowicie się zdeptać, zrównać z ziemią, na to był, po prostu, zbyt inteligentny i, chociaż nie myślał o tym zbyt często, to był powód rozwoju jak i klęski ich relacji.
- Nie, irytują mnie rzeczy i osoby, które wchodzą pomiędzy nas, jak ten mebel teraz - odparł zdecydowanie, choć normalnie pewnie by się zająknął, albo tylko mu się tak wydawało. Być może dawał sobie zbyt mały kredyt zaufania, oh gdyby posiadał pewność siebie, którą nagradzało go wypite wino, na codzień... Życie byłoby prostsze - tak mu się przynajmniej wydawało, ulegał temu złudzeniu, było przyjemne.
William był pełen sekretów, nawet dla samego siebie. Z roku na rok odkrywał nowe zachowania, umiejętności, o których nie miał pojęcia. Dałby sobie rękę uciąć (no, może tylko palec), że miało to związek ze zmianą środowiska i nabywaniem doświadczenia w jakichkolwiek interakcjach międzyludzkich, w końcu wciąż chadzał na obiadki u Malfoyów oraz wyjeżdżał na naukowe konferencje, mimo spędzania sporej ilości czasu w nieszczęsnej piwnicy.
Poczuł, że kobieta się spięła, więc nie wykonywał gwałtowniejszych ruchów, pozostając czujnym w kwestii tego, do czego prowadziła sytuacja. Nie chciał jej niczego narzucać, chociaż coraz częściej mu się wydawało, że pomimo swoich słów, tego od niego wymagała - większego zdecydowania, stawiania na swoim. Nie rozumiał sprzecznych komunikatów, zwłaszcza gdy w trzeźwym stanie analizował tę sprawę. Teraz ostatkiem sił powstrzymał się od odwrócenia żony przodem do siebie i prawdopodobnie dobrze, bo sama zrobiła to o wiele zgrabniej, przysuwając się.
Nieistotne, nazwiska mnie nie interesują, chciał powiedzieć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, obejmując blondynkę rękoma w talii, układając chłodne dłonie na rozgrzanych, odsłoniętych teraz, lędźwiach.
Dla Eden nazwisko się liczyło, rodzina grała ważną rolę, nawet jeżeli zachowywała się tak, jakby nie obchodziło jej nic, poza własnym nosem. Dopiero co mu to wypomniała, pare dni temu przy śniadaniu, oskarżając, że się nią nie interesuje. Wiedział, że to kłamstwo, myślał o niej, chciał dla niej dobrze, po prostu ich wartości i priorytety były gdzie indziej, teraz mógł to przed sobą przyznać, chociaż pewnie następnego dnia, ta sprawa znów stanie się okropnie chaotyczna, zasnuta błędami przeszłości, niepewnością i innymi pozorami, które na siebie nakładał, mimowolnie, z przyzwyczajenia.
Logika podpowiedziała, że to, co chciał powiedzieć, było ostatnim, co powinno wychodzić z jego ust.
- Z Lestrange ci do twarzy - czy powinien był to mówić? Nie był pewien, bo stąpał po grząskim gruncie, ale jednocześnie czuł, że musi jakoś zaznaczyć, iż chce aby nosiła jego nazwisko. Nie potrafił zrozumieć skąd to nagłe pragnienie się pojawiło, zabłąkany w oparach alkoholowych umysł podpowiadał parkiet balu charytatywnego, pieczenie przeciętego naskórka zdobnym szkłem Longbottomów, ale nie chciał teraz o tym myśleć. Ciepło Eden przyjemnie go odurzało, podbijając uczucie nocnego upojenia. Chciał się w nim zanurzyć, utonąć i już nigdy nie wypływać, nie wracać do szorstkiej rzeczywistości, gdzie nie dogaduje się ze swoją partnerką.
- I dlatego z jednym tańczyłaś? - pozwolił sobie na zbyt dużo swobody w myślach i nie powstrzymał tych słów. Nie były wypowiedziane z pretensją, a przekorą, czystą satysfakcją, że mógł coś takiego wytknąć. Jego ton pozostawał spokojny, miarowy, czego nie można było powiedzieć o bijącym w rozszalałym rytmie sercu, choć ono definitywnie po prostu wyrywało się z piersi, aby udowodnić, że William Lestrange, mimo wszystko, darzy swoją żonę ciepłymi uczuciami.
- Skoro jesteś taka dobra w ukrywaniu kochanków, może w odkrywaniu też spróbujesz swoich sił? - użył gierki słownej, odnotowując w głowie, że będzie musiał sobie za to pogratulować jak wytrzeźwieje - Nie powiem ci, dopóki ty nie odpowiesz na moje pytanie, przykro mi, to nie podchodzi żadnym negocjacjom - jego ton wciąż zabarwiony był przekorą, choć tym razem z nutą rozbawienia, jakby po prostu ciągnął grę i, nawet jeżeli przegra, to nie będzie z tego powodu zły. Nie był świadomy, że cokolwiek, co teraz powie mogłoby wywołać kłótnie, bliskość Eden była zbyt przyjemna, a poza tym, nie podejrzewał jej o całkowitą utratę poczucia humoru. Powoli uświadamiał sobie, że to z powodu braku bliskości mógł być taki zgorzkniały... Ale czy na pewno? Nie, nie. Nie chciał o tym myśleć.
Nachylił się i, prawdopodobnie nie chcąc się dowiadywać, czy to, co powiedział było strzałem w dziesiątkę czy kompletnym ominięciem tarczy, złączył ich usta w pocałunku.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated