Goście po zakończonej oficjalnej części ceremonii zmierzali w stronę stolików. Przez dźwięk muzyki rozbrzmiewającej po okolicy przebijały się odgłosy przesuwanych krzeseł. Był to moment, w którym każdy mógł zaczęrpnąć oddech, napić się czegoś, czy zapalić sobie papierosa. Za chwilę miały paść pierwsze toasty, rozpocząć się tańce.
Para Młoda ze świadkami zniknęła w jednym z namiotów, zaraz mieli się z niego wyłonić, by dołączyć do swoich gości. Kapłan okazał się mieć im dużo do powiedzenia, czego mogli domyśleć się goście po tym, jak rozgadał się w czasie ceremonii.
W powietrzu nadal unosił się zapach kadzideł, wiatr skutecznie roznosił go po okolicy, powoli też zaczynało się ściemniać, na szczęście i o tym pomyślano, lampiony oświetlały bowiem i stoły i parkiet, który czekał, aż pojawią się na nim pierwsze pary.
Gerard Yaxley odziany w swoje najbardziej wyszukane, odświętne szaty poruszał się między gośćmi trzymając w dłoni kopertę. Szedł w stronę namiotu, w którym znajdowały się brakujące osoby. Gdy wszedł do środka, wręczył Sebastianowi wyjątkowo grubą kopertę, nie zważając na trwającą rozmowę, dzięki czemu para młoda i świadkowie mogli dyskretnie się stamtąd ulotnić. Czy zrobił to celowo, czy nieświadomie? Tylko on mógł to wiedzieć. Starał się jednak odciągnąć uwagę kapłana od dzieciaków, które przecież w końcu powinny zacząć się bawić. Ścisnął mężczyznę za ramię, potrząsnął nim i zasugerował, że to czas najwyższy, aby opić nową unię, która właśnie powstała między jego rodziną, a Greengrassami. - Takiego bimbru to pan kapłan na pewno jeszcze nigdy nie miał w ustach, wino mszalne się przy tym chowa. - Szepnął jeszcze do niego konspiracyjnym, a jednak w pewien sposób nieznoszącym odmowy tonem, zanim wyciągnął mężczyznę z namiotu.
Spoiler