Końcówka kwietnia niosła ze sobą coraz dłuższe dni, wyższą temperaturę, przyjemniejszą aurę - co wiązało się w przypadku Yaxley z powrotem do tego, co kochała najbardziej. Całodziennych wypraw, czasem nawet dłuższych, trwających kilka dni, spędzonych na polowaniu na najbardziej okrutne bestie. Zima nie była nigdy jej ulubionym czasem w roku. Okropnie jej się dłużył, nie do końca wiedziała, co miała ze sobą zrobić, kiedy nie wyjeżdżała na dłuższe wyprawy za granicę.
Ostatnio jakoś bardziej trzymała się Londynu, raczej unikała tych czasochłonnych wypadów, jakby coś zaczęło ją tutaj trzymać. Trochę tak było, a przynajmniej ona odczuwała zmianę. Jasne, miała przyjaciół, z którymi relacje trwały niemalże od samego początku nauki w Hogwarcie, ale to nie była taka przyjaźń, jak ta która narodziła się ostatnio między nią, a pewnym uzdrowicielem.
Nie chciała znikać na dłużej, nie ciągnęło jej do tego. Nie kiedy mogli na siebie wpadać, albo do siebie wpadać nawet kilka razy w tygodniu. Przyzwyczaiła się bardzo łatwo do jego obecności w swoim życiu. Nie chciała tego psuć, pozwolić na to by się od siebie oddalili, wiadomo, że aby relacje przetrwały należy je pielęgnować. To właśnie starała się robić.
Od jakiegoś czasu docierało do niej, że to chyba nie jest tylko przyjaźń, przynajmniej z jej strony, próbowała jednak odsuwać od siebie te myśli, nie chciała popsuć tego, co udało im się stworzyć. Niby niczego się nie bała (no, może poza szpitalami), raczej nie miała problemu z dzieleniem się swoimi myślami, w tym jednak jednym, wyjątkowym przypadku było trochę inaczej. Obawiała się, że popsuje wszystko jednym wyznaniem, jednym słowem, że Ambroise popatrzy na nią, jak na wariatkę i uzna, że niestety w takim wypadku nie powinni kontynuować tej znajomości. Wybrała więc tę nie do końca wygodną opcję - udawała, że nic takiego się nie dzieje, że są wyjątkowo zgranymi kumplami, bo przecież przyjaźń damsko-męska istniała i była całkiem naturalna. Ta, jasne.
Dzień spędziła polując na hipogryfa, nie miała go zabić, zwierzę uciekło znajomym jej ojca. Obiecał im, że zajmie się tym jego najlepszy człowiek, by mieli pewność, że sprawa zostanie załatwiona od ręki i tak właśnie się stało. Nie, żeby była z tego powodu jakoś szczególnie zadowolona, mimo pochwał, które usłyszała - zdecydowanie wolałaby się zajmować innymi przypadkami, bardziej niebezpiecznymi, takimi, gdzie adrenalina buzowałaby jej w żyłach. Nie był to jednak ten dzień, cóż - na szczęście sezon dopiero się rozpoczynał, na pewno miała go dobrze wykorzystać.
Siedziała na parapecie w kuchni, paliła szluga, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk pukania do drzwi. Nie spodziewała się gości, a jeśli się ich nie spodziewała, to mogło oznaczać jedno - Roise postanowił ją odwiedzić wracając z pracy. Była to godzina, kiedy powinien kończyć (powinien, ale zdarzało się to rzadko kiedy, bo miał tendencje do przesiadywania w Mungu, próbowała wybić mu to z głowy, ale jej nie słuchał).
Przygasiła peta w popielniczce, najchętniej od razu pobiegłaby w stronę drzwi, ale nie chciała wyjść na wariatkę. Postanowiła więc poczekać pięć sekund, po czym powoli ruszyć w stronę wejścia do mieszkania (przynajmniej nie będzie wyglądało, jakby stała pod drzwiami i czekała, żeby je otworzyć).
Otworzyła drzwi na oścież, nie zdziwiło ją to kogo za nimi zastała, uśmiechnęła się szeroko, cieszyły jej się również oczy, a to nie zdarzało się często. - Kogoż to do mnie przywiało? - Przesunęła się w progu, aby wpuścić go do środka, przecież nie będą rozmawiać w drzwiach, bo sąsiadki znowu będą plotkowały.