To nie był najlepszy dzień Marty, chociaż czy tak naprawdę ona miewała dobre dni? Chyba nie, Prudence uniosła głowę, aby spojrzeć na ducha, który właśnie wybuchnął płaczem. Pokręciła głową z powątpiewaniem, ona zawsze musiała być taka dramatyczna. Zastanawiała się, czy kiedy żyła była równie irytująca, chyba wolałaby tego nie sprawdzać, a w sumie, gdyby przyniosła tutaj swoje świeczki, być może udałoby się jej ustalić jakieś szczegóły, dowiedzieć się, co wtedy zobaczyła - to brzmiało jak całkiem niezły plan. Musiała to zrobić w tym roku, bo później nie będzie miała szansy tego zrobić.
Komentarz chłopaka był zbędny, chociaż właściwie to się z nim zgadzała, chociaż Prue pewnie nigdy nie powiedziałaby tego na głos. Marta jak nikt inny potrafiła wkurzyć, więc nie dziwiła się nikomu, kto przy niej nie wytrzymywał i sięgał po nieprzyjemne słowa.
Oczywiście, że nie mogło być prosto, nie kiedy jej przeciwnikiem podczas tej jakże fascynującej potyczki okazał się być Rookwood. Tak, doskonale wiedziała kto przed nią stoi, od razu powinna założyć, że jej słowa nie wystarczą. On zawsze miał jakiś argument, nim dowiedziała się do czego zmierza wiedziała, że coś knuje. Zwiastował to ten złowieszczy uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo lubił uprzykrzać jej życie i doprowadzać ją do szału. Ludzie jego pokroju chyba po prostu czerpali przyjemność z irytowania innych. To musiało być to. Wymuskany, pewny siebie chłopiec z dobrego domu, który uwielbiał udowadniać innym, że są gorsi od niego.
Nie odsunęła się, gdy zrobił krok w jej stronę. Nie zamierzała okazywać słabości, już nie teraz, nie gdy wiedziała z kim ma przyjemność rozmawiać. Na pewno poczułby się pewniej, gdyby zobaczył, że się waha. Zamiast tego wyprostowała się niczym struna, chociaż to niewiele zmieniło, i tak nad nią górował.
- Ja m o g ę tu być. - Mówiła powoli, cedziła słowa, chociaż wiedziała, że to nic nie zmienia. Nie była głupia, wręcz przeciwnie, potrafiła sobie wyobrazić, co ktoś mógł sobie pomyśleć, gdyby spotkał ich tu razem. W jej oczach pojawiła się złość, wiedziała, że jest na przegranej pozycji, chociaż nie zamierzała jeszcze się poddawać. Zadarła głowę do góry, nie bała się patrzeć mu w oczy, a przynajmniej starała się udowodnić (komu? może sobie samej?), że właśnie tak jest.
- Nie mają powodu, by mi nie ufać. - Dodała cicho, trochę zbyt cicho, bo przecież wiedziała, komu by uwierzyli. Jej? Może i była prefektką, jednak nie miała w sobie takiego uroku jak ten złoty chłopiec, wystarczyło, że się uśmiechnął, zmienił ton głosu, a wszyscy byli gotowi jeść mu z ręki.
- i tak nikt by Ci nie uwierzył. - Może i był złotousty, może potrafił czarować słowem, ale nikt nie uwierzyłby w to, że to do czego zmierzał mogłoby się wydarzyć. Było to całkiem proste.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control