24.10.2025, 21:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2025, 22:00 przez Millie Moody.)
Zbierała pochwały od Sebastiana i była ciekawa, czy ona czy on byli bardziej zaskoczeni, że wszystko się udało. Pani strażniczka pamięci była bardzo rozbawiona swoją nową fuchą bo przecież łatwo przychodziło jej zapomnieć co robiła wczoraj, a tu takie obciążenie całej imprezy i to kilkudniowej.
Jej zadanie bonusowe wymagało jednak trzeźwości, a to oznaczało, że szanse na zapamiętanie co się zadziało wzrastały niechybnie.
Złożyła zamaszysty podpis i udało jej się nawet nigdzie nie pobrudzić dokumentu, nie wywalić atramentu i nie zepsuć pióra. Udawała tak długo aż się udało, zdało się, że była całkiem dorosła i odpowiedzialna w tym całym zadaniu.
I kiedy Sebastian powiedział to co powiedział o tych regularnych modlitwach i spotkaniach i naukach zdążyła powiedzieć:
– No chyba Cię... – ale lądowanie na siarczystym pojebało nie sięgnęło ziemi, bo do środka wszedł ojciec Ger, a jego prezencja skutecznie usadzała Miles, jakby był sierżantem w magipolicji co najmniej. Połknęła więc tę żabę, łypiąc nerwowo na Corneliusa, zupełnie jakby ten był bezróżdżkowym leglimentą i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co właśnie miałoby zostać powiedziane, a jednak nie zostało więc Gryffindor wyjątkowo nie straci z jej powodów punktów.
Ach wspomnień czar.
Potem zauważając że wymykają się jak nastolatki na taniego winiacza, powstrzymała chichot i podążyła za państwem Greengrass-Yaxley - jak głosiły dokumenty, pamiętając, ze chyba siedzieli razem przy stole. Musiała gdzieś kiedyś wypatrzeć Basiliusa, swojego kryzysowego narzeczonego.
– Co właściwie jest na tych naukach? Jak się skutecznie ruchać w imię Matki? Czy tylko medytacje krzyżem na marmurze? – zagadnęła gdy jeszcze nikogo nie było obok, zwłaszcza z grona starszych ciotek, mam, teściowych i innych person mogących zejść na zawał przy takim komentarzu.