24.10.2025, 22:08 ✶
Charlotte nie urządziła sceny, ale kręciła się niespokojnie, rozglądając, jeszcze moment przed tym, jak wstali wszyscy inni. A gdy to zrobili, gdy wokół zaczął rozbrzmiewać szept rozmów, nie rzuciła ani jednego złośliwego komentarza! Uświadomiła sobie, że powinna to zrobić, gdy Jonathan zaczął wypytywać, co się dzieje – zaiste mogła przynajmniej zasugerować mu podejrzenie jeszcze czyichś nici… Rzuciła mu odrobinę zirytowane spojrzenie. Nie dlatego, że tak naprawdę on ją wkurzał: raczej cała ta sytuacja, i jeszcze to, że przecież nie mogła przyznać, że się przestraszyła… w sumie sama nie wiedziała czego… i że wciąż zdawało się jej, że słyszy kroki…
– Uspokoi cię, jeśli powiem, że mam zamiar rozejrzeć się za czarnoksiężnikami i złośliwymi duchami, a jeżeli jakiś naprawdę gdzieś tu spaceruje, kopnąć go tak mocno, jak zdołam w tych pantofelkach? – spytała szeptem, marszcząc brwi.
Oczywiście, nie zamierzała tak naprawdę nikogo kopać. A już na pewno nie w najładniejszych bucikach, jakimi po tych głupich pożarach dysponowała.
Jeśli to byłby duch, nasłałaby na niego Ritę.
A jeśli to byłby czarnoksiężnik, po prostu spróbowałaby go podpalić.
Odruchowo przywołała na twarz sympatyczny uśmiech, gdy ktoś do nich podszedł. Zmienił się na odrobinę mniej wesoły i bardziej szczery, kiedy okazało się, że tym kimś był Anthony.
– Miło z ich strony, zapomniałam dziś zabrać jakichś paskudnych eliksirów, na wypadek, gdyby usadzili nas z kimś nieprzyjemnym… nie wiem czy cieszyć się, czy wzdychać z rozczarowaniem, że nie ma tu mojej matki – powiedziała, a potem rzuciła spojrzenie ku rzeczonym siostrzeńcom Anthonyego. Jak na kogoś, kto wychował trójkę dzieci, Charlotte miała do nich zaskakująco mało cierpliwości: może dlatego, że wyznawała zasadę, że własne to co innego niż cudze. Teraz jednak jej głowę wypełniała myśl o krokach i spaleniźnie, nawet wizja witania się z dzieciakami wydawała się jakoś mało nieprzyjemna. Pewnie powinna się ich tu spodziewać, w końcu Jacqueline wyszła za Greengrassa… – Planowałam drobną przechadzkę – stwierdziła, uśmiechając się do Anthony’ego na jego pytające spojrzenie, uznając, że tłum ludzi to złe miejsce na wchodzenie w szczegóły.
Szczegóły, których chyba nie chciała dopuścić sama do siebie.
Myśli, że ten, którego imienia nie była już w stanie wymówić, zdołał wedrzeć się do jej głowy i zostawić jakąś… pamiątkę.
– Uspokoi cię, jeśli powiem, że mam zamiar rozejrzeć się za czarnoksiężnikami i złośliwymi duchami, a jeżeli jakiś naprawdę gdzieś tu spaceruje, kopnąć go tak mocno, jak zdołam w tych pantofelkach? – spytała szeptem, marszcząc brwi.
Oczywiście, nie zamierzała tak naprawdę nikogo kopać. A już na pewno nie w najładniejszych bucikach, jakimi po tych głupich pożarach dysponowała.
Jeśli to byłby duch, nasłałaby na niego Ritę.
A jeśli to byłby czarnoksiężnik, po prostu spróbowałaby go podpalić.
Odruchowo przywołała na twarz sympatyczny uśmiech, gdy ktoś do nich podszedł. Zmienił się na odrobinę mniej wesoły i bardziej szczery, kiedy okazało się, że tym kimś był Anthony.
– Miło z ich strony, zapomniałam dziś zabrać jakichś paskudnych eliksirów, na wypadek, gdyby usadzili nas z kimś nieprzyjemnym… nie wiem czy cieszyć się, czy wzdychać z rozczarowaniem, że nie ma tu mojej matki – powiedziała, a potem rzuciła spojrzenie ku rzeczonym siostrzeńcom Anthonyego. Jak na kogoś, kto wychował trójkę dzieci, Charlotte miała do nich zaskakująco mało cierpliwości: może dlatego, że wyznawała zasadę, że własne to co innego niż cudze. Teraz jednak jej głowę wypełniała myśl o krokach i spaleniźnie, nawet wizja witania się z dzieciakami wydawała się jakoś mało nieprzyjemna. Pewnie powinna się ich tu spodziewać, w końcu Jacqueline wyszła za Greengrassa… – Planowałam drobną przechadzkę – stwierdziła, uśmiechając się do Anthony’ego na jego pytające spojrzenie, uznając, że tłum ludzi to złe miejsce na wchodzenie w szczegóły.
Szczegóły, których chyba nie chciała dopuścić sama do siebie.
Myśli, że ten, którego imienia nie była już w stanie wymówić, zdołał wedrzeć się do jej głowy i zostawić jakąś… pamiątkę.