25.10.2025, 15:17 ✶
Jonathan oczywiście nie uspokoił się wizją rozglądania się za czarnoksiężnikami I złośliwymi duchami w lesie, głównie z tego prostego powodu, że jeśli Charlotte chciała ich szukać to znaczyło, że coś było na rzeczy.
Z drugiej strony nikt inny nie czuł smrodu. Ale to przecież była Charlotte. Charlotte nie miała w zwyczaju nabawiać się obłędu.
Z drugiej strony ostatnie wydarzenia były traumatyczne, a ona pracowała w Departamencie Tajemnic.
Ale to była Charlotte. Charlotte której zapewnie przy urodzeniu mózg, przemienił się z ludzkich tkanek w jakąś niespotykaną dla magiuzdrowicieli zakrawającą o czarną magię formę. Lottie nie mogła oszaleć. Coś musiało się dziać.
– Świetnie. W takim razie idę z tobą – powiedział, jakby właśnie oznajmiła mu, że chce po prostu rozprostować nogi.– Przyda mi się spacer. Byle tylko wrócić na tort, czyż nie? – Zniżył nieco głos. – Słyszałaś coś? Widziałaś? Jesteś pewna, że nie śmierdział jeden z gości?
Rozejrzał się po zgromadzonych. A może po prostu jakiś pijany wujek postanowić zabawić sie w nekromantę wiewiórek i stąd ten zapach?
Zapach, który czuła tylko Charlotte.
I wtedy podszedł Anthony, a umysł Jonathana... Przeżył kilkanaście emocji na raz.
W pierwszej chwili, już miał szczerze odpowiedzieć, że to doskonale, że siedzą razem i z miłą chęcią pozna jego siostrzeńców i ponownie porozmawia z jego siostrą, kiedy... Czy to na pewno była doskonała wiadomość? Czy Anthony aby na pewno chciałbym siedzieć z nimi na weselu? Niby rozmawiali, ale... Może Shafiq w ten sposób dawał mu delikatnie do zrozumienia, że Jonathan w jakiś sposób powinien dyskretnie ś zaradzić takiemu układowi siedzień? A może nie? Szybko zeszło to zresztą na drugi plan, bo Anthony zadał twarzą to pytanie i...
Nie powinien mu mówić. Charlotte zapewne by tego nie chciała. Jego własna selwynowska duma tego nie chciała, bo skoro Shafiq miał taki problem z tym że nie powiedział mu o Zakonie, to niech teraz nie słucha o potencjalnych czarnoksiężnikami w lasach. I niech cierpi, że Jonathan i tak będzie się o niego martwić. Dobrze mu tak. Ale... Jednak... Jeśli rzeczywiście coś się działo, to Anthony powinien o tym wiedzieć.
No i Jonathan chyba już i tak patrzył się na niego za długo, aby było to mało podejrzane.
– Idziemy do lasu – powiedział szeptem, zgarniając pod ramię ramię Charlotte, aby wyraźnie zaznaczyć kto do tego lasu idzie. – Charlotte obawia się, że może być tam jakiś czarnoksiężnik. Baw się dobrze, ale proszę bądź czujny. Myślę, że jeśli nie wrócimy za... Godzinę? Czterdzieści minut możesz poprosić kogoś aby nas szukał.
Z drugiej strony nikt inny nie czuł smrodu. Ale to przecież była Charlotte. Charlotte nie miała w zwyczaju nabawiać się obłędu.
Z drugiej strony ostatnie wydarzenia były traumatyczne, a ona pracowała w Departamencie Tajemnic.
Ale to była Charlotte. Charlotte której zapewnie przy urodzeniu mózg, przemienił się z ludzkich tkanek w jakąś niespotykaną dla magiuzdrowicieli zakrawającą o czarną magię formę. Lottie nie mogła oszaleć. Coś musiało się dziać.
– Świetnie. W takim razie idę z tobą – powiedział, jakby właśnie oznajmiła mu, że chce po prostu rozprostować nogi.– Przyda mi się spacer. Byle tylko wrócić na tort, czyż nie? – Zniżył nieco głos. – Słyszałaś coś? Widziałaś? Jesteś pewna, że nie śmierdział jeden z gości?
Rozejrzał się po zgromadzonych. A może po prostu jakiś pijany wujek postanowić zabawić sie w nekromantę wiewiórek i stąd ten zapach?
Zapach, który czuła tylko Charlotte.
I wtedy podszedł Anthony, a umysł Jonathana... Przeżył kilkanaście emocji na raz.
W pierwszej chwili, już miał szczerze odpowiedzieć, że to doskonale, że siedzą razem i z miłą chęcią pozna jego siostrzeńców i ponownie porozmawia z jego siostrą, kiedy... Czy to na pewno była doskonała wiadomość? Czy Anthony aby na pewno chciałbym siedzieć z nimi na weselu? Niby rozmawiali, ale... Może Shafiq w ten sposób dawał mu delikatnie do zrozumienia, że Jonathan w jakiś sposób powinien dyskretnie ś zaradzić takiemu układowi siedzień? A może nie? Szybko zeszło to zresztą na drugi plan, bo Anthony zadał twarzą to pytanie i...
Nie powinien mu mówić. Charlotte zapewne by tego nie chciała. Jego własna selwynowska duma tego nie chciała, bo skoro Shafiq miał taki problem z tym że nie powiedział mu o Zakonie, to niech teraz nie słucha o potencjalnych czarnoksiężnikami w lasach. I niech cierpi, że Jonathan i tak będzie się o niego martwić. Dobrze mu tak. Ale... Jednak... Jeśli rzeczywiście coś się działo, to Anthony powinien o tym wiedzieć.
No i Jonathan chyba już i tak patrzył się na niego za długo, aby było to mało podejrzane.
– Idziemy do lasu – powiedział szeptem, zgarniając pod ramię ramię Charlotte, aby wyraźnie zaznaczyć kto do tego lasu idzie. – Charlotte obawia się, że może być tam jakiś czarnoksiężnik. Baw się dobrze, ale proszę bądź czujny. Myślę, że jeśli nie wrócimy za... Godzinę? Czterdzieści minut możesz poprosić kogoś aby nas szukał.