26.10.2025, 23:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2025, 00:16 przez Alexander Mulciber.)
– W szczerbie chowa się w historia... – powtórzył, przechylając lekko głowę w stronę Helloise, która palcem sunęła wzdłuż dekoltu swej sukni. – ...W cieniu mieszka pokusa. A co w miejscu po wyrzuconym wspomnieniu? – Nie wyrzuconym, lecz odebranym. Nie odebranym, lecz oddanym, poprawił sam siebie Alexander, starając się nie myśleć o wyrwach w swej pamięci. Czym pustkę w jego głowie wypełni Helloise? Pajęczyną, kwieciem, czy ptasim trelem? To były miłe myśli, więc to na nich starał się skupić, ciekaw odpowiedzi, jakiej postanowi mu udzielić. Zwłaszcza że pytanie musiało ją zaskoczyć. Podobnie jak i Helloise, Alexander nigdy nie wyrzucał przecież wspomnień dobrowolnie. Nie, gdy mógł je zamknąć w destylacie szklanej kuli i skatalogować na półce w przestrzeni umysłu, dokładnie tak, jak robiono w sali przepowiedni. Tak przynajmniej zwykł twierdzić w obecności naukowców z sali badania sekretów mózgu. A jednak było to kłamstwo. Wygodne kłamstwo, mające zadowolić badaczy ograniczanych przez dogmatyzm ludzkiej fizjologii. Archiwa, jakie prowadził w swej głowie Alexander, nie mogły być usystematyzowanymi. Nie w sposób, jaki zadowoliłby szanującego się naukowca.
Może dlatego nie nalegał więcej na poszukiwanie opadłych z drzew liści, którymi dałoby się udekorować dekolt jej sukni. Nie proponował, że mogą poszukać zebranych w grona jarzębin i karbunkułów jesiennych jagód, które niczym klejnoty spoczęłyby na jej skórze. Po prostu skinął głową, przyjmując wyjaśnienie Helloise. Podobnie nie skomentował zamiany miejsc siedzących. Czyżby nie zauważył? Nie, przecież przebiegł spojrzeniem po stojących obok ich talerzy karteczkach z imionami... Nie mógł nie zauważyć. A jednak bez słowa położył ręce na oparciu zajętego przez Helloise krzesła, żeby pomóc jej dosunąć się do stołu.
Nie zamienił miejscami karteczek. Po prostu usiadł obok.
Obrócił w palcach jedną z wsuwek, którą Helloise złożyła na jego talerzu. Przez chwilę przyglądał się jej z zainteresowaniem, nie zakłócającym jednak naturalnego biegu ich rozmowy: najpierw jednej, a zaraz potem – drugiej. Trochę tak, jak gdyby zastanawiał się nad architekturą misternego upięcia fryzury towarzyszącej mu kobiety. W końcu przeniósł bowiem wzrok na siedzącą u jego boku Helloise. Niespodziewanie zręcznie złączył wsuwki ze sobą, dbając o to, aby nie uszkodzić ich filigranowej konstrukcji. Cichutkie szczęknięcie metalu stłumione zostało pod dotykiem jego palców. Choć ręce wciąż mu drżały, Alexander nie miał problemów z wykonaniem ruchów wymagających precyzji. Wystarczyło być ostrożnym.
– Za mały rożen jak na naszego dzika – stwierdził, obracając między palcami połączone ze sobą wsuwki dokładnie tak, jak gdyby obracał rożen z pieczenią nad ogniskiem. Minę miał przy tym absolutnie poważną, a jednak coś na dnie jego oczu sugerowało, że... Żartuje.
Czasem można było pomyśleć, że nigdy Alexander Mulciber nie był tak poważny jak wtedy, gdy żartował.
A potem delikatnie wsunął leżącą na talerzu lilię we włosy Helloise, rozdzielając na powrót wsuwki, którymi wpiął kwiat w jej uczesanie. Uważnie poprawił spływające znad skroni loki, przesuwając ręką nad uchem kobiety jak gdyby w parodii kuglarskiej sztuczki... Jak gdyby chciał zza ucha Helloise wyciągnąć kolejną lilijkę. Zamiast tego, ukrył resztki zielonej łodyżki kwiatu pod puszczonym luzem pasmem blond włosów, zabezpieczając upięcie wsuwką. Postarał się umocować lilię w taki sposób, aby fryzura Helloise prezentowała się ładnie z każdej strony: nieważne, czy patrzyło się od profilu, czy en face. Opuszczając dłoń, musnął policzek kobiety opuszkami palców. To był jego sposób na powiedzenie: "dziękuję". Bo tak jak Helloise poczuła się wcześniej słyszaną, tak Alexander poczuł się widzianym.
'Więc kim jesteś?"
– Chyba nikim – odpowiedział. Tak wiele razy zadawano mu ostatnio to pytanie. Za każdym razem odpowiadał na nie tak samo. Za każdym razem zarzucano mu, że kłamie. Nie kłamał. Alexander Mulciber wiedział, kim był. Alexander Mulciber był naukowcem, badaczem, niewymownym. Synem swojego ojca i swojej matki. Wreszcie, był wieszczem, wróżbitą i prorokiem. Jasnowidzem z lekko przymglonym spojrzeniem, który widział ścieżki losu, biegnące tak, jak biegły w ziemi korzenie drzew. Tworząc skomplikowane systemy korzeniowe, wciąż się rozwidlały: raz to krzyżując się ze sobą, raz – kompletnie rozchodząc. Alexander nie był częścią tego podziemnego systemu. Korzenie wrastały w niego tak jak wrastały w kamienne podłoże. Alexander był skałą, kruszejącą podług praw czasu, nieożywioną materią, na której posadach rozwijało się jednak życie. A Helloise... Helloise była żywa.
A niechby jej dziko wijące się pędy przebiły kamień. Czy można było mieć pretensje do kwiatu, że kwitnie? Do drapieżnika, że zabija? Licz rysy na kamieniach, dziewczyno z Kniei. Może i z nich uda Ci się wyprowadzić jakie równanie.
– Chodziliśmy razem z Geraldine do szkoły. Z Ambroisem łączą nas więzy pokrewieństwa, o które nigdy nie dbałem na tyle, aby prześledzić je uważniej... W życiu zwykliśmy się mijać, chciałem tu jednak przyjść, żeby życzyć im oboje szczęścia. Chciałem powróżyć, jak każe weselny zwyczaj. – Umilkł na chwilę. Mówił niespiesznie, choć nie dlatego, że musiał się zastanawiać nad słowami. Zaczął bawić się ojcowskim sygnetem, który nosił na palcu. – Chciałem tutaj przyjść z tobą.
Może dlatego nie nalegał więcej na poszukiwanie opadłych z drzew liści, którymi dałoby się udekorować dekolt jej sukni. Nie proponował, że mogą poszukać zebranych w grona jarzębin i karbunkułów jesiennych jagód, które niczym klejnoty spoczęłyby na jej skórze. Po prostu skinął głową, przyjmując wyjaśnienie Helloise. Podobnie nie skomentował zamiany miejsc siedzących. Czyżby nie zauważył? Nie, przecież przebiegł spojrzeniem po stojących obok ich talerzy karteczkach z imionami... Nie mógł nie zauważyć. A jednak bez słowa położył ręce na oparciu zajętego przez Helloise krzesła, żeby pomóc jej dosunąć się do stołu.
Nie zamienił miejscami karteczek. Po prostu usiadł obok.
Obrócił w palcach jedną z wsuwek, którą Helloise złożyła na jego talerzu. Przez chwilę przyglądał się jej z zainteresowaniem, nie zakłócającym jednak naturalnego biegu ich rozmowy: najpierw jednej, a zaraz potem – drugiej. Trochę tak, jak gdyby zastanawiał się nad architekturą misternego upięcia fryzury towarzyszącej mu kobiety. W końcu przeniósł bowiem wzrok na siedzącą u jego boku Helloise. Niespodziewanie zręcznie złączył wsuwki ze sobą, dbając o to, aby nie uszkodzić ich filigranowej konstrukcji. Cichutkie szczęknięcie metalu stłumione zostało pod dotykiem jego palców. Choć ręce wciąż mu drżały, Alexander nie miał problemów z wykonaniem ruchów wymagających precyzji. Wystarczyło być ostrożnym.
– Za mały rożen jak na naszego dzika – stwierdził, obracając między palcami połączone ze sobą wsuwki dokładnie tak, jak gdyby obracał rożen z pieczenią nad ogniskiem. Minę miał przy tym absolutnie poważną, a jednak coś na dnie jego oczu sugerowało, że... Żartuje.
Czasem można było pomyśleć, że nigdy Alexander Mulciber nie był tak poważny jak wtedy, gdy żartował.
A potem delikatnie wsunął leżącą na talerzu lilię we włosy Helloise, rozdzielając na powrót wsuwki, którymi wpiął kwiat w jej uczesanie. Uważnie poprawił spływające znad skroni loki, przesuwając ręką nad uchem kobiety jak gdyby w parodii kuglarskiej sztuczki... Jak gdyby chciał zza ucha Helloise wyciągnąć kolejną lilijkę. Zamiast tego, ukrył resztki zielonej łodyżki kwiatu pod puszczonym luzem pasmem blond włosów, zabezpieczając upięcie wsuwką. Postarał się umocować lilię w taki sposób, aby fryzura Helloise prezentowała się ładnie z każdej strony: nieważne, czy patrzyło się od profilu, czy en face. Opuszczając dłoń, musnął policzek kobiety opuszkami palców. To był jego sposób na powiedzenie: "dziękuję". Bo tak jak Helloise poczuła się wcześniej słyszaną, tak Alexander poczuł się widzianym.
'Więc kim jesteś?"
– Chyba nikim – odpowiedział. Tak wiele razy zadawano mu ostatnio to pytanie. Za każdym razem odpowiadał na nie tak samo. Za każdym razem zarzucano mu, że kłamie. Nie kłamał. Alexander Mulciber wiedział, kim był. Alexander Mulciber był naukowcem, badaczem, niewymownym. Synem swojego ojca i swojej matki. Wreszcie, był wieszczem, wróżbitą i prorokiem. Jasnowidzem z lekko przymglonym spojrzeniem, który widział ścieżki losu, biegnące tak, jak biegły w ziemi korzenie drzew. Tworząc skomplikowane systemy korzeniowe, wciąż się rozwidlały: raz to krzyżując się ze sobą, raz – kompletnie rozchodząc. Alexander nie był częścią tego podziemnego systemu. Korzenie wrastały w niego tak jak wrastały w kamienne podłoże. Alexander był skałą, kruszejącą podług praw czasu, nieożywioną materią, na której posadach rozwijało się jednak życie. A Helloise... Helloise była żywa.
A niechby jej dziko wijące się pędy przebiły kamień. Czy można było mieć pretensje do kwiatu, że kwitnie? Do drapieżnika, że zabija? Licz rysy na kamieniach, dziewczyno z Kniei. Może i z nich uda Ci się wyprowadzić jakie równanie.
– Chodziliśmy razem z Geraldine do szkoły. Z Ambroisem łączą nas więzy pokrewieństwa, o które nigdy nie dbałem na tyle, aby prześledzić je uważniej... W życiu zwykliśmy się mijać, chciałem tu jednak przyjść, żeby życzyć im oboje szczęścia. Chciałem powróżyć, jak każe weselny zwyczaj. – Umilkł na chwilę. Mówił niespiesznie, choć nie dlatego, że musiał się zastanawiać nad słowami. Zaczął bawić się ojcowskim sygnetem, który nosił na palcu. – Chciałem tutaj przyjść z tobą.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat