27.10.2025, 11:39 ✶
Pod niektórymi względami Brenna była bardzo skłonna do ustępstw: na przykład na słowa o hipogryfie uśmiechnęła się tylko, pozwalając bez oporów, by miał ostatnie słowo. Pod innymi bywała niesamowicie wręcz uparta i dlatego nie zamierzała zostawić Thomasa samemu sobie, gdy będzie walczył z mrokiem, który spowijał Warownię.
Palce zaciskała na różdżce tak mocno, że aż zbielały, a gdy Thomas tkał swoje zaklęcia, spoglądała to na niego, to ku ścianom, wstrzymując oddech. Kiedy klątwołamacz się zachwiał, poruszyła się instynktownie i nagle nie stała już na progu, a tuż za nim, gotowa go powstrzymać, gdyby upadł… ale Figg zdołał ustać.
Brenna drgnęła i wycelowała różdżką w ścianę: mogłaby przysiąc, że coś w niej zasyczało, ciemność poruszyła się, szept ponownie rozbrzmiał, jakby bardziej nienawistny. Ale chwilę później mrok kłębiący się dotąd w szczelinach tam, gdzie mury popękały od gorąca, zaczął zwijać się w sobie. Obserwowała to zjawisko z szeroko otwartymi oczami, z nerwami napiętymi jak postronki, a potem, kiedy ściany wyglądały… może nie normalnie – ślady sadzy i same pęknięcia nie były przecież normalne – ale już nie tak złowieszczo.
Milczała, kiedy Thomas rzucał kolejne czary, a potem rozluźniła ramiona i powoli zbliżyła się do jednej ze ścian.
– Już… wszystko? – upewniła się, ostrożnie wyciągając rękę do muru, jakby spodziewała się, że coś zaraz ugryzie ją w palce. W końcu musiała się upewnić… zanim wejdzie tu ktoś jeszcze. Podparła dłoń o ścianę: wydawała się dziwnie ciepła. Ale Brenna nie słyszała już głosów. Nie widziała ciemności.
Chociaż chyba bała się jeszcze pozwalać sobie na ulgę.
– Powinniśmy zrobić coś jeszcze? Jakieś rytuały oczyszczające z wodą, solą…? Tylko proszę, żadnych z ogniem – stwierdziła, spoglądając na Thomasa i zmuszając się do uśmiechu. Świece były częstym elementem w rytuałach, ale Brenna czuła się z tymi bardzo niepewnie. – Dziękuję, Tommy.
Nie była pewna, czy Warownia kiedykolwiek będzie dla niej znowu tym, kim była przed pożarami. Ale musieli ją odbudować: jeśli nie dla siebie, to jako swego rodzaju symbol.
Palce zaciskała na różdżce tak mocno, że aż zbielały, a gdy Thomas tkał swoje zaklęcia, spoglądała to na niego, to ku ścianom, wstrzymując oddech. Kiedy klątwołamacz się zachwiał, poruszyła się instynktownie i nagle nie stała już na progu, a tuż za nim, gotowa go powstrzymać, gdyby upadł… ale Figg zdołał ustać.
Brenna drgnęła i wycelowała różdżką w ścianę: mogłaby przysiąc, że coś w niej zasyczało, ciemność poruszyła się, szept ponownie rozbrzmiał, jakby bardziej nienawistny. Ale chwilę później mrok kłębiący się dotąd w szczelinach tam, gdzie mury popękały od gorąca, zaczął zwijać się w sobie. Obserwowała to zjawisko z szeroko otwartymi oczami, z nerwami napiętymi jak postronki, a potem, kiedy ściany wyglądały… może nie normalnie – ślady sadzy i same pęknięcia nie były przecież normalne – ale już nie tak złowieszczo.
Milczała, kiedy Thomas rzucał kolejne czary, a potem rozluźniła ramiona i powoli zbliżyła się do jednej ze ścian.
– Już… wszystko? – upewniła się, ostrożnie wyciągając rękę do muru, jakby spodziewała się, że coś zaraz ugryzie ją w palce. W końcu musiała się upewnić… zanim wejdzie tu ktoś jeszcze. Podparła dłoń o ścianę: wydawała się dziwnie ciepła. Ale Brenna nie słyszała już głosów. Nie widziała ciemności.
Chociaż chyba bała się jeszcze pozwalać sobie na ulgę.
– Powinniśmy zrobić coś jeszcze? Jakieś rytuały oczyszczające z wodą, solą…? Tylko proszę, żadnych z ogniem – stwierdziła, spoglądając na Thomasa i zmuszając się do uśmiechu. Świece były częstym elementem w rytuałach, ale Brenna czuła się z tymi bardzo niepewnie. – Dziękuję, Tommy.
Nie była pewna, czy Warownia kiedykolwiek będzie dla niej znowu tym, kim była przed pożarami. Ale musieli ją odbudować: jeśli nie dla siebie, to jako swego rodzaju symbol.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.