27.10.2025, 17:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2025, 17:39 przez Alexander Mulciber.)
Zmusił się, żeby wysiedzieć w miejscu, gdy Ambrosia dotknęła jego twarzy. Bo chociaż tęsknił do niej tak rozpaczliwie, dotyk był mu w tej chwili nieznośnym.
Wciąż czuł tylko rękę Voldemorta przyciśniętą do swojego policzka.
Może gdyby zdarł z siebie skórę, odrzucił ją jak wąż, może wtedy byłby w stanie znieść to wszystko. Zatracić się w cielesności wyłącznie, zatracić się w Ambrosii, spychając myśli na bok... Ale Ambrosia nie była przecież Lorettą. Przyszedł tutaj, żeby z nią porozmawiać, a nie żeby zatracić się w jej objęciach, zapominając o świecie wokół. Czemu więc robiła... To wszystko? Czemu unikała odpowiedzi na jego pytania? Czemu próbowała go rozpraszać swym dotykiem? Dystrakcje natury cielesnej zwykle były mu przyjemnymi, bo gdy go dotykała, czuł się kochanym. Zbyt dobrze znał jednak Ambrosię. Sam często używał cielesności, żeby odwrócić uwagę od rzeczy ważnych. Każda "poważna rozmowa", której odbycia domagała się od niego Loretta, ostatecznie kończyła się przecież w łóżku, bo według Alexandra, po prostu "nie było o czym rozmawiać".
Jeżeli Ambrosia uważała, że Alexander jest podobny do Louvaina, być może wcale go nie znała.
Ale nie było to już takie znowu ważne.
Ważne było tylko to, że Alexander był jasnowidzem, a Louvain nie.
Reszta nie miała znaczenia.
Reszta nie miała znaczenia, nawet, jeżeli czuł ból, że jego ukochana, której zawsze okazywał tylko i wyłącznie czułość, stawiając ją na niewidzialnym piedestale swojego serca, uważała go za kogoś... Kogoś kim nigdy nie był. Nawet jeżeli bolało go, że kobieta, na którą nigdy nie podniósł ręki, porównywała go do swojego kata, oprawcy. Zrozumiałby, gdyby była kimkolwiek innym. Wobec wielu kobiet był przecież okrutnym. Gdyby była Lorettą... Ale była Ambrosią. Ambrosią, którą Alexander od dzieciaka bronił przed krzywdą, realną czy urojoną. Jakie miałby mieć niby objawienie wobec niej i wobec Louvaina? Pytał tak wiele razy, czy czuje się na Nokturnie bezpieczna, pozostając nieświadomym jej układów z Lestrangem. Nawet teraz, gdy wiedział już, że kłamie na temat swej zażyłości z Louvainem, zaprzeczała, jakoby stanowił dla niej zagrożenie. Zaprzeczała sama sobie, mówiąc mu, że nie da się rozwiązać jej problemów pięściami, ale wciąż oczekując, że właśnie w taki sposób je rozwiąże. Czemu wcześniej miałby jej nie wierzyć, gdy mówiła, że nie ma problemów ze Śmierciożercami? Gdy próbował zbyt mocno ingerować w jej życie, reagowała przecież buntem, opierając się jego woli z całej siły. Obruszała się, że "nie jest jego własnością", że nie ma prawa decydować za nią, jak ma żyć. Jak gdyby rościł sobie do niej jakiekolwiek prawo po tym jak się rozstali. Przecież zawsze gdy powtarzał jej, że ją kocha, powtarzał też, że nie jest jej godzien.
Ale to nie miało już znaczenia. Jego egzystencja poza jasnowidzeniem nie miała znaczenia: najpierw był bowiem jasnowidzem, potem Mulciberem, a dopiero na samym końcu – Alexandrem.
A jeżeli Ambrosia uważała, że jest podobnym do Louvaina, być może nigdy go tak naprawdę nie znała.
Alexander Mulciber wiedział, kim jest. Po tych wszystkich latach widział w tym swego rodzaju zwycięstwo. Wszelkie podobieństwo, jakie mogło go łączyć z Louvainem Lestrange było powierzchowne. W szatach Śmierciożerców obaj wyglądali przecież tak samo, może dlatego Alexander nigdy nie pokazał się w nich Ambrosii. Ale po odrzuceniu czarnych peleryn, byli ze Louvainem skontrastowani nie tylko jako przeciwnicy, ale jako dwie przeciwstawne siły, jako dwa, pochłaniające się żywioły lodu i ognia. Louvain był młodym, płonącym pasją buntownikiem, a Alexander wypalonym prorokiem. Wielu widziało w nim człowieka porywczego, spalającego się w ogniu własnych namiętności, ale jego furia była tak samo zimna jak jego oczy. Wypluwał przepowiednie dławiąc się popiołem, a potem rzucał się w ogień, bo chciał wróżyć z płomieni. Symbole, wróżby, sny, to była jego rzeczywistość. To był jego świat. Czy nie było zabawnym wręcz, że Louvain myślał, że w symbolu przypadkowo zapamiętanym z lekcji starożytnych run zdoła zamknąć tego, który czytaniu znaków poświęcił całe swoje życie? Louvain traktował runy wyłącznie jako narzędzie, podczas gdy dla Alexandra były one językiem rzeczywistości. Louvain miał ambicję, Alexander był ambicji pozbawiony. Nigdy nie dbał o uznanie w oczach świata. Zależało mu na tym, aby świata doświadczać, a nie na tym, by go zawłaszczać. "Nie masz nic na własność", słyszał przepełniony przerażającym spokojem głos Lorien. "Twój ród nie jest twój. Twój sygnet nie jest twój. Twoje przekleństwo nie jest twoje." Wiedział, że chciała go wówczas zranić, ale dokonała czegoś wręcz przeciwnego. Jej słowa były mu wyzwoleniem.
Gdyby tylko chciał, Alexander mógłby przecież przymusić tak Lorettę jak i Ambrosię do czego mu się żywnie podobało. Z jakiegoś powodu nigdy jednak tego nie zrobił. Nie był dobrym człowiekiem, ale być może był lepszym, niż wielu śmiałoby przypuszczać. Były pewne rzeczy... Rzeczy na które nigdy, przenigdy, nie poważyłby się wobec ukochanej kobiety. Jak nikt inny wiedział, jak łatwo jest upodlić drugiego człowieka – jak łatwo upodlić samego siebie – a jednak prędzej odjąłby sobie dłonie, niż pozwoliłby na podobną podłość wobec Ambrosii. Czy kiedykolwiek zostawił na jej szyi ślady siniaków? Czy zdewastował jej dom, gdy wokół szalały pożary? Czy wziął ją siłą na tym stole, zmuszając ją do uległości?
Może gdyby to zrobił, wtedy byłby bardziej jak Louvain.
"Powinieneś znać go bardzo dobrze", wyszeptała Ambrosia, "w końcu jest taki podobny do ciebie".
Twarz Alexandra nawet nie drgnęła.
– Skoro tak uważasz – odpowiedział spokojnie, nie poruszywszy się w miejscu. W milczeniu obserwował, jak Ambrosia przebiega palcami po jego policzku. Bez słowa pozwolił jej odgarnąć sobie włosy z twarzy, zajrzeć głębiej w nieruchome oczy. Milczał, a mógłby nie być marnotrawnym, i wykorzystać nadarzającą się okazję, aby się z nią pokłócić. Milczał, a mógłby być okrutnym i zrewanżować się pytaniem bardzo podobnym do tego, które mu właśnie zadała.
Czym bowiem różniła się Ambrosia McKinnon od Loretty Lestrange? Poza tym, że tylko jedna z nich była jego żoną, tylko jedna liczyć mogła na nazwisko Mulciber? Alexander dobrze wiedział, że różnią się od siebie tak jak dzień różni się od nocy. Może dlatego lepiej niż ktokolwiek wiedział, co je ze sobą łączy. Ambrosia pochodziła z rodziny, którą wykluczono z czarodziejskiej społeczności za sprzedaż słodkości nasyconych amortencją. W żyłach Loretty płynęła zaś krew, której kropla wystarczyła, aby odurzyć zmysły, krew gęstsza od każdego eliksiru miłosnego. Może podświadomie tego szukał. Może podświadomie pożądał ich właśnie dlatego. Może nie potrafił inaczej. Jego własny ojciec skrycie poił przecież jego matkę amortencją, doprowadziwszy ją przez lata na skraj szaleństwa: Selina Mulciber nie wiedziała, gdzie leży granica między uczuciami, które wzbudził w niej eliksir, a między tym, co czuła naprawdę. Zbyt czułym był gwałt, jakim było jej małżeństwo z Duncanem, bezgranicznie oddanym przecież żonie, i synom, jakich mu powiła. Alexander Mulciber zawsze był synem swojego ojca. Zawsze bał się rzeczy, które gotów był zrobić z miłości. A jednak był też synem swojej matki. Wychyliłby do dna kielich z doprawionym amortencją winem, nieważne, czy to Ambrosia, czy Loretta podsunęłaby mu go pierwsza. Kochał przecież i jedną, i drugą, a zanim zawarł związek małżeński, zdradzał i jedną i drugą, wiernym pozostając jedynie swemu uzależnieniu.
Może Alexander Mulciber naprawdę nie potrafił kochać inaczej, niż z narkotykiem krążącym w żyłach. Może dziecię poczęte pod wpływem amortencji nie miało nigdy poznać prawdziwego afektu, odróżnić go od artyficjalnie wspomaganego uczucia. Może zwyczajnie nie wiedział, czy to, co czuje, to miłość. Zwłaszcza, że rzeczy, które robił z miłości, zawsze były złe. Może właśnie dlatego wybierał te kobiety, które zdolne byłyby dać mu jej czysty, wydestylowany substytut, gdyby doprowadził je na skraj. Wychyliłby jednym haustem kielich z winem doprawionym kapką amortencji, jak klient w Kościanym. Zlizałby krew z warg Loretty, które sam przygryzł w pocałunku, zbyt gwałtownym, zbyt brutalnym. Zrobiłby to wszystko z pełną świadomością, że zaraz straci głowę.
To byłoby najgorsze, co go mogło spotkać.
To byłoby najlepsze, co go mogło spotkać. Bo wtedy wszystko byłoby prostsze. Bo przemoc była prosta, gwałt na woli i ciele obnażał tę prostotę... A w głowie Alexandra wszystko było zawsze takie skomplikowane.
– Kocham cię. Zawsze będę cię kochał. Po prostu nie możemy być razem, ukochana – wyjaśnił jej delikatnie. Wiedział, że jej pytania biorą się z tego, że wziął sobie za żonę Lorettę, której imię mimowolnie nasuwało się na usta, gdy wypowiadało się imię Louvaina. – Przecież mówię ci od lat, że to niemożliwe. Ale i ty mówiłaś też, że to nie na byciu moją żoną ci zależy... Tylko na tym, żebym cię kochał. Kocham cię – powtórzył, zbyt zmęczony, żeby protestować, że mają poważniejsze tematy do omówienia. – Dlatego wiele myślałem o tym wszystkim. O nas w tym wszystkim. Mówiłaś, że potrzebujesz przerwy. Czy to nie jest właściwy czas na przerwę? Skoro zakład ucierpiał, mogłabyś przenieść się gdzieś indziej. Nie do rodziców, nie do przyjaciół z Nokturnu... Gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna. Gdzieś, gdzie mogłabyś urządzić sobie nowy zakład spirytystyczny, nowe życie, z dala od Londynu. – Z dala od Śmierciożerców. Od Louvaina. Od niego. Jego retoryka była prosta, podobnie jak i rozwiązanie, jakie proponował. Opierała się jednak na realnym działaniu, bo tego tutaj było trzeba: Alexander mówił powoli, ale zdecydowanie, jak gdyby chciał nakreślić przed Ambrosią konkretny plan działania. – Nic cię tutaj nie trzyma, Rosie. Przecież mogłabyś robić wszystko to, co robisz, w każdym miejscu na świecie. Bez widma wojny wiszącym ci nad głową. Bo przecież widzę, że ta wojna cię niszczy. Nie możesz tak żyć. I nie tutaj. Nie chcę cię separować od świata, tylko zapewnić schronienie przed jego niegodziwościami – podkreślił. – Nie chcę, żeby ktoś cię znowu skrzywdził, Rosie. Pozwól mi sobie pomóc... Wszystkim bym się przecież zajął.
Wciąż czuł tylko rękę Voldemorta przyciśniętą do swojego policzka.
Może gdyby zdarł z siebie skórę, odrzucił ją jak wąż, może wtedy byłby w stanie znieść to wszystko. Zatracić się w cielesności wyłącznie, zatracić się w Ambrosii, spychając myśli na bok... Ale Ambrosia nie była przecież Lorettą. Przyszedł tutaj, żeby z nią porozmawiać, a nie żeby zatracić się w jej objęciach, zapominając o świecie wokół. Czemu więc robiła... To wszystko? Czemu unikała odpowiedzi na jego pytania? Czemu próbowała go rozpraszać swym dotykiem? Dystrakcje natury cielesnej zwykle były mu przyjemnymi, bo gdy go dotykała, czuł się kochanym. Zbyt dobrze znał jednak Ambrosię. Sam często używał cielesności, żeby odwrócić uwagę od rzeczy ważnych. Każda "poważna rozmowa", której odbycia domagała się od niego Loretta, ostatecznie kończyła się przecież w łóżku, bo według Alexandra, po prostu "nie było o czym rozmawiać".
Jeżeli Ambrosia uważała, że Alexander jest podobny do Louvaina, być może wcale go nie znała.
Ale nie było to już takie znowu ważne.
Ważne było tylko to, że Alexander był jasnowidzem, a Louvain nie.
Reszta nie miała znaczenia.
Reszta nie miała znaczenia, nawet, jeżeli czuł ból, że jego ukochana, której zawsze okazywał tylko i wyłącznie czułość, stawiając ją na niewidzialnym piedestale swojego serca, uważała go za kogoś... Kogoś kim nigdy nie był. Nawet jeżeli bolało go, że kobieta, na którą nigdy nie podniósł ręki, porównywała go do swojego kata, oprawcy. Zrozumiałby, gdyby była kimkolwiek innym. Wobec wielu kobiet był przecież okrutnym. Gdyby była Lorettą... Ale była Ambrosią. Ambrosią, którą Alexander od dzieciaka bronił przed krzywdą, realną czy urojoną. Jakie miałby mieć niby objawienie wobec niej i wobec Louvaina? Pytał tak wiele razy, czy czuje się na Nokturnie bezpieczna, pozostając nieświadomym jej układów z Lestrangem. Nawet teraz, gdy wiedział już, że kłamie na temat swej zażyłości z Louvainem, zaprzeczała, jakoby stanowił dla niej zagrożenie. Zaprzeczała sama sobie, mówiąc mu, że nie da się rozwiązać jej problemów pięściami, ale wciąż oczekując, że właśnie w taki sposób je rozwiąże. Czemu wcześniej miałby jej nie wierzyć, gdy mówiła, że nie ma problemów ze Śmierciożercami? Gdy próbował zbyt mocno ingerować w jej życie, reagowała przecież buntem, opierając się jego woli z całej siły. Obruszała się, że "nie jest jego własnością", że nie ma prawa decydować za nią, jak ma żyć. Jak gdyby rościł sobie do niej jakiekolwiek prawo po tym jak się rozstali. Przecież zawsze gdy powtarzał jej, że ją kocha, powtarzał też, że nie jest jej godzien.
Ale to nie miało już znaczenia. Jego egzystencja poza jasnowidzeniem nie miała znaczenia: najpierw był bowiem jasnowidzem, potem Mulciberem, a dopiero na samym końcu – Alexandrem.
A jeżeli Ambrosia uważała, że jest podobnym do Louvaina, być może nigdy go tak naprawdę nie znała.
Alexander Mulciber wiedział, kim jest. Po tych wszystkich latach widział w tym swego rodzaju zwycięstwo. Wszelkie podobieństwo, jakie mogło go łączyć z Louvainem Lestrange było powierzchowne. W szatach Śmierciożerców obaj wyglądali przecież tak samo, może dlatego Alexander nigdy nie pokazał się w nich Ambrosii. Ale po odrzuceniu czarnych peleryn, byli ze Louvainem skontrastowani nie tylko jako przeciwnicy, ale jako dwie przeciwstawne siły, jako dwa, pochłaniające się żywioły lodu i ognia. Louvain był młodym, płonącym pasją buntownikiem, a Alexander wypalonym prorokiem. Wielu widziało w nim człowieka porywczego, spalającego się w ogniu własnych namiętności, ale jego furia była tak samo zimna jak jego oczy. Wypluwał przepowiednie dławiąc się popiołem, a potem rzucał się w ogień, bo chciał wróżyć z płomieni. Symbole, wróżby, sny, to była jego rzeczywistość. To był jego świat. Czy nie było zabawnym wręcz, że Louvain myślał, że w symbolu przypadkowo zapamiętanym z lekcji starożytnych run zdoła zamknąć tego, który czytaniu znaków poświęcił całe swoje życie? Louvain traktował runy wyłącznie jako narzędzie, podczas gdy dla Alexandra były one językiem rzeczywistości. Louvain miał ambicję, Alexander był ambicji pozbawiony. Nigdy nie dbał o uznanie w oczach świata. Zależało mu na tym, aby świata doświadczać, a nie na tym, by go zawłaszczać. "Nie masz nic na własność", słyszał przepełniony przerażającym spokojem głos Lorien. "Twój ród nie jest twój. Twój sygnet nie jest twój. Twoje przekleństwo nie jest twoje." Wiedział, że chciała go wówczas zranić, ale dokonała czegoś wręcz przeciwnego. Jej słowa były mu wyzwoleniem.
Gdyby tylko chciał, Alexander mógłby przecież przymusić tak Lorettę jak i Ambrosię do czego mu się żywnie podobało. Z jakiegoś powodu nigdy jednak tego nie zrobił. Nie był dobrym człowiekiem, ale być może był lepszym, niż wielu śmiałoby przypuszczać. Były pewne rzeczy... Rzeczy na które nigdy, przenigdy, nie poważyłby się wobec ukochanej kobiety. Jak nikt inny wiedział, jak łatwo jest upodlić drugiego człowieka – jak łatwo upodlić samego siebie – a jednak prędzej odjąłby sobie dłonie, niż pozwoliłby na podobną podłość wobec Ambrosii. Czy kiedykolwiek zostawił na jej szyi ślady siniaków? Czy zdewastował jej dom, gdy wokół szalały pożary? Czy wziął ją siłą na tym stole, zmuszając ją do uległości?
Może gdyby to zrobił, wtedy byłby bardziej jak Louvain.
"Powinieneś znać go bardzo dobrze", wyszeptała Ambrosia, "w końcu jest taki podobny do ciebie".
Twarz Alexandra nawet nie drgnęła.
– Skoro tak uważasz – odpowiedział spokojnie, nie poruszywszy się w miejscu. W milczeniu obserwował, jak Ambrosia przebiega palcami po jego policzku. Bez słowa pozwolił jej odgarnąć sobie włosy z twarzy, zajrzeć głębiej w nieruchome oczy. Milczał, a mógłby nie być marnotrawnym, i wykorzystać nadarzającą się okazję, aby się z nią pokłócić. Milczał, a mógłby być okrutnym i zrewanżować się pytaniem bardzo podobnym do tego, które mu właśnie zadała.
Czym bowiem różniła się Ambrosia McKinnon od Loretty Lestrange? Poza tym, że tylko jedna z nich była jego żoną, tylko jedna liczyć mogła na nazwisko Mulciber? Alexander dobrze wiedział, że różnią się od siebie tak jak dzień różni się od nocy. Może dlatego lepiej niż ktokolwiek wiedział, co je ze sobą łączy. Ambrosia pochodziła z rodziny, którą wykluczono z czarodziejskiej społeczności za sprzedaż słodkości nasyconych amortencją. W żyłach Loretty płynęła zaś krew, której kropla wystarczyła, aby odurzyć zmysły, krew gęstsza od każdego eliksiru miłosnego. Może podświadomie tego szukał. Może podświadomie pożądał ich właśnie dlatego. Może nie potrafił inaczej. Jego własny ojciec skrycie poił przecież jego matkę amortencją, doprowadziwszy ją przez lata na skraj szaleństwa: Selina Mulciber nie wiedziała, gdzie leży granica między uczuciami, które wzbudził w niej eliksir, a między tym, co czuła naprawdę. Zbyt czułym był gwałt, jakim było jej małżeństwo z Duncanem, bezgranicznie oddanym przecież żonie, i synom, jakich mu powiła. Alexander Mulciber zawsze był synem swojego ojca. Zawsze bał się rzeczy, które gotów był zrobić z miłości. A jednak był też synem swojej matki. Wychyliłby do dna kielich z doprawionym amortencją winem, nieważne, czy to Ambrosia, czy Loretta podsunęłaby mu go pierwsza. Kochał przecież i jedną, i drugą, a zanim zawarł związek małżeński, zdradzał i jedną i drugą, wiernym pozostając jedynie swemu uzależnieniu.
Może Alexander Mulciber naprawdę nie potrafił kochać inaczej, niż z narkotykiem krążącym w żyłach. Może dziecię poczęte pod wpływem amortencji nie miało nigdy poznać prawdziwego afektu, odróżnić go od artyficjalnie wspomaganego uczucia. Może zwyczajnie nie wiedział, czy to, co czuje, to miłość. Zwłaszcza, że rzeczy, które robił z miłości, zawsze były złe. Może właśnie dlatego wybierał te kobiety, które zdolne byłyby dać mu jej czysty, wydestylowany substytut, gdyby doprowadził je na skraj. Wychyliłby jednym haustem kielich z winem doprawionym kapką amortencji, jak klient w Kościanym. Zlizałby krew z warg Loretty, które sam przygryzł w pocałunku, zbyt gwałtownym, zbyt brutalnym. Zrobiłby to wszystko z pełną świadomością, że zaraz straci głowę.
To byłoby najgorsze, co go mogło spotkać.
To byłoby najlepsze, co go mogło spotkać. Bo wtedy wszystko byłoby prostsze. Bo przemoc była prosta, gwałt na woli i ciele obnażał tę prostotę... A w głowie Alexandra wszystko było zawsze takie skomplikowane.
– Kocham cię. Zawsze będę cię kochał. Po prostu nie możemy być razem, ukochana – wyjaśnił jej delikatnie. Wiedział, że jej pytania biorą się z tego, że wziął sobie za żonę Lorettę, której imię mimowolnie nasuwało się na usta, gdy wypowiadało się imię Louvaina. – Przecież mówię ci od lat, że to niemożliwe. Ale i ty mówiłaś też, że to nie na byciu moją żoną ci zależy... Tylko na tym, żebym cię kochał. Kocham cię – powtórzył, zbyt zmęczony, żeby protestować, że mają poważniejsze tematy do omówienia. – Dlatego wiele myślałem o tym wszystkim. O nas w tym wszystkim. Mówiłaś, że potrzebujesz przerwy. Czy to nie jest właściwy czas na przerwę? Skoro zakład ucierpiał, mogłabyś przenieść się gdzieś indziej. Nie do rodziców, nie do przyjaciół z Nokturnu... Gdzieś, gdzie będziesz bezpieczna. Gdzieś, gdzie mogłabyś urządzić sobie nowy zakład spirytystyczny, nowe życie, z dala od Londynu. – Z dala od Śmierciożerców. Od Louvaina. Od niego. Jego retoryka była prosta, podobnie jak i rozwiązanie, jakie proponował. Opierała się jednak na realnym działaniu, bo tego tutaj było trzeba: Alexander mówił powoli, ale zdecydowanie, jak gdyby chciał nakreślić przed Ambrosią konkretny plan działania. – Nic cię tutaj nie trzyma, Rosie. Przecież mogłabyś robić wszystko to, co robisz, w każdym miejscu na świecie. Bez widma wojny wiszącym ci nad głową. Bo przecież widzę, że ta wojna cię niszczy. Nie możesz tak żyć. I nie tutaj. Nie chcę cię separować od świata, tylko zapewnić schronienie przed jego niegodziwościami – podkreślił. – Nie chcę, żeby ktoś cię znowu skrzywdził, Rosie. Pozwól mi sobie pomóc... Wszystkim bym się przecież zajął.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat