27.10.2025, 18:10 ✶
- Jonathan niepotrzebnie panikuje - stwierdziła Charlotte, unosząc dłoń i poddając inspekcji własne paznokcie. Nie chciała przyznać, że naprawdę trochę się przestraszyła, bo... ona normalnie nie bywała przerażona. Prawda? Łatwiej było przekuć ten strach w działanie i ruszyć szukać odpowiedzi. Mieć nadzieję, że po prostu złośliwy duch przyczepił się do niej w Departamencie Tajemnic. Dużo, dużo łatwiej niż przyznać, że sadza wnikła nie tylko do jej płuc: że osadziła się być może też gdzieś w umyśle. Bo przecież nie w duszy. Charlotte do tej podchodziła bardzo... sceptycznie. - Ja absolutnie niczego się nie obawiam. I przecież nie mówiłam poważnie z tym kopaniem, Johny, naprawdę, sądzisz, że chciałabym to robić w tej sukience? Jeszcze bym ją podarła, a była absurdalnie droga. Usłyszałam dziwne dźwięki i życzę sobie sprawdzić, skąd dochodzą. A jeżeli to jakiś duch, to zrobię sobie z niego nowy obiekt badawczy - wyjaśniła leniwym tonem.
Byłam pewna, że pojawił się V... Sami Wiecie Kto?
Może by i była skłonna im to powiedzieć, ale na razie odpychała tę myśl nawet od samej siebie.
Bo Charlotte Kelly nie szalała.
Nie była tchórzem.
Przewróciła oczami, chociaż nie próbowała zniechęcać Jonathana do towarzyszenia jej w tej wyprawie. Oczywiście, że weszłaby do tego lasu sama, ale też znała go dostatecznie dobrze, by wiedzieć, nie byłby sobą, gdyby nie postanowił iść z nią. Pewnie nie próbowałaby walczyć i z Anthonym, przynajmniej póki nie oznaczałoby to, że Jacqueline postanowiłaby pójść za bratem, a za nią całe to stadko siostrzeńców - co z tego, że było ich tam dwoje, Charlotte troili się w oczach.
Skupiła spojrzenie na Anthonym, uśmiechając się do niego przepięknie.
– Flara? Mój drogi, jeśli coś będzie nie tak, zobaczysz łunę ognia. Na spalenie lasu wystarczy mi kwadrans – oświadczyła, zanim zagarnęła sukienkę tak, by przypadkiem nie zniszczyć jej dołu, gdy się oddali.
W ślad za echem, wciąż rozbrzmiewającym w jej uszach.
Czy naprawdę słyszała te kroki? Był to figiel duchów? Dzieło jej wyobraźni? Ślad popiołów?
Byłam pewna, że pojawił się V... Sami Wiecie Kto?
Może by i była skłonna im to powiedzieć, ale na razie odpychała tę myśl nawet od samej siebie.
Bo Charlotte Kelly nie szalała.
Nie była tchórzem.
Przewróciła oczami, chociaż nie próbowała zniechęcać Jonathana do towarzyszenia jej w tej wyprawie. Oczywiście, że weszłaby do tego lasu sama, ale też znała go dostatecznie dobrze, by wiedzieć, nie byłby sobą, gdyby nie postanowił iść z nią. Pewnie nie próbowałaby walczyć i z Anthonym, przynajmniej póki nie oznaczałoby to, że Jacqueline postanowiłaby pójść za bratem, a za nią całe to stadko siostrzeńców - co z tego, że było ich tam dwoje, Charlotte troili się w oczach.
Skupiła spojrzenie na Anthonym, uśmiechając się do niego przepięknie.
– Flara? Mój drogi, jeśli coś będzie nie tak, zobaczysz łunę ognia. Na spalenie lasu wystarczy mi kwadrans – oświadczyła, zanim zagarnęła sukienkę tak, by przypadkiem nie zniszczyć jej dołu, gdy się oddali.
W ślad za echem, wciąż rozbrzmiewającym w jej uszach.
Czy naprawdę słyszała te kroki? Był to figiel duchów? Dzieło jej wyobraźni? Ślad popiołów?