27.10.2025, 19:36 ✶
Grabie zostały odkopane, chociaż Brenna omal się przy okazji nie wywaliła – by nie wylądować twarzą w błocie musiała przytrzymać się o ogrodzenie zagrody, na którą wychodziła obora, i przez które ledwo co tak sprawnie przedostał się Atreus.
Przez ułamek sekundy, gdy farmer krzyczał u uboju tych biednych świniaków, Brenna miała ochotę po prostu otworzyć wejście i pozwolić im uciec. Ale to nie miało sensu. Przecież sama jadała boczek, a poza tym chociaż nie znała się na zwierzętach… to jakoś zdawało się jej, że jeśli nawet rozgoni te zwierzaki, wrócą tutaj niedługo. To miejsce było ich domem. Nie wiedziały, że hodowano je na rzeź.
Od tych myśli tylko jeszcze bardziej bolała ją głowa. Wrzaski rolnika też zdecydowanie nie pomagały. Nie miała pojęcia, dlaczego właściwie ktoś jada mięso. I dlaczego ktokolwiek pije alkohol. Jak można było to lubić, skoro potem człowieka tak bardzo nawalała migrena? Atreus musiał być bardzo zaprawiony w kontakcie z alkoholem, skoro tak żwawo wymieniał w tym stanie ciosy…
– Cholera jasna, chyba powinnam rozważyć zostanie wegetarianką – mruknęła, kiedy szczęśliwie okazało się, że rolnik stoi grzecznie w miejscu, spoglądając to na jedno z nich, to na drugie, a Atreus też nie rzucał się, aby wymierzyć kolejne ciosy. Chociaż to jedno było pozytywne: gdyby dalej się bili, musiałaby się włączyć bardziej bezpośrednio, a miała wrażenie, że jeśli wykona kilka zbyt gwałtownych ruchów, odpadnie jej głowa. – Jak ich wezwiesz? Telepatycznie? Przestań się drzeć, to sobie pójdziemy. Sam je bardziej denerwujesz – powiedziała, chociaż każde słowo sprawiało, że chciało się jej pić coraz bardziej i bardziej. – Chodźmy stąd? – zasugerowała, spoglądając na Atreusa. Teleportować się na oczach rolnika nie mogli, poza tym nie była pewna, czy teleportacja na kacu tak od razu po przebudzeniu to najlepszy pomysł, bo była bardzo przywiązana do swoich nóg i rąk. Ale znalezienie się gdzieś, gdzie nikt nie krzyczał, nie machał grabiami i nie czuć było świniami, zdawało się jej teraz niezłym pomysłem.
- WYNOŚCIE SIĘ! ZANIM PSAMI POSZCZUJĘ! - zachęcił ich jeszcze rolnik, ale przynajmniej zamiast się na któreś z nich rzucać, cofnął się w stronę domu.
Przez ułamek sekundy, gdy farmer krzyczał u uboju tych biednych świniaków, Brenna miała ochotę po prostu otworzyć wejście i pozwolić im uciec. Ale to nie miało sensu. Przecież sama jadała boczek, a poza tym chociaż nie znała się na zwierzętach… to jakoś zdawało się jej, że jeśli nawet rozgoni te zwierzaki, wrócą tutaj niedługo. To miejsce było ich domem. Nie wiedziały, że hodowano je na rzeź.
Od tych myśli tylko jeszcze bardziej bolała ją głowa. Wrzaski rolnika też zdecydowanie nie pomagały. Nie miała pojęcia, dlaczego właściwie ktoś jada mięso. I dlaczego ktokolwiek pije alkohol. Jak można było to lubić, skoro potem człowieka tak bardzo nawalała migrena? Atreus musiał być bardzo zaprawiony w kontakcie z alkoholem, skoro tak żwawo wymieniał w tym stanie ciosy…
– Cholera jasna, chyba powinnam rozważyć zostanie wegetarianką – mruknęła, kiedy szczęśliwie okazało się, że rolnik stoi grzecznie w miejscu, spoglądając to na jedno z nich, to na drugie, a Atreus też nie rzucał się, aby wymierzyć kolejne ciosy. Chociaż to jedno było pozytywne: gdyby dalej się bili, musiałaby się włączyć bardziej bezpośrednio, a miała wrażenie, że jeśli wykona kilka zbyt gwałtownych ruchów, odpadnie jej głowa. – Jak ich wezwiesz? Telepatycznie? Przestań się drzeć, to sobie pójdziemy. Sam je bardziej denerwujesz – powiedziała, chociaż każde słowo sprawiało, że chciało się jej pić coraz bardziej i bardziej. – Chodźmy stąd? – zasugerowała, spoglądając na Atreusa. Teleportować się na oczach rolnika nie mogli, poza tym nie była pewna, czy teleportacja na kacu tak od razu po przebudzeniu to najlepszy pomysł, bo była bardzo przywiązana do swoich nóg i rąk. Ale znalezienie się gdzieś, gdzie nikt nie krzyczał, nie machał grabiami i nie czuć było świniami, zdawało się jej teraz niezłym pomysłem.
- WYNOŚCIE SIĘ! ZANIM PSAMI POSZCZUJĘ! - zachęcił ich jeszcze rolnik, ale przynajmniej zamiast się na któreś z nich rzucać, cofnął się w stronę domu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.