Nie było sensu dłużej zwlekać. Słońce miało zajść już niedługo, a zgodzili się w tym, że w tym wypadku to im raczej nie sprzyjało. Ruszyli więc niemalże od razu, bez zbędnych pogawędek, zresztą w drodze również mogli sobie nakreślić sytuację. Sama Geraldine nie do końca wiedziała, co się tam wydarzyło, ta historia była dziwna, w sumie w tamtym momencie naprawdę cieszyła się z tego, że jakoś udało im się wyjść z tego dworku w jednym kawałku, podejrzewała, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co oni.
Ambroise ruszył przodem, Benjy obstawiał tyły, jej trafił się środek. Cóż, nie przywykła do tego, ale nie skomentowała jednak takiego obrotu spraw w żaden sposób. Niby najbardziej bezpieczne miejsce w szeregu, ale nie wydawało jej się, aby takiego potrzebowała, w sumie był to moment, w którym musiała przestać myśleć o sobie, więc niech tak już będzie. Gdyby coś się wydarzyło to na pewno nie będzie stała z boku, to nie było w jej stylu. Wolała jednak przyjąć wersję, w której docierają do tego opuszczonego dworu, bez żadnych, niepotrzebnych przebojów.
Fenwick się odezwał. Geraldine milczała przez chwilę, bo próbowała wrócić do wspomnień z ich ostatniej wizyty w tym miejscu. Było to jakieś sześć lat temu, więc obraz jej się dość mocno rozmazywał, zresztą, już kiedy stamtąd wyszli nie do końca ogarniała, co się tam właściwie wydarzyło.
- Gdy weszliśmy na teren dworku coś się stało, jakbyśmy zostali wciągnięci w wydarzenia przeszłości, nie wiem, czy to była iluzja, czy inne sztuczki, ale zupełnie zapomnieliśmy o tym kim byliśmy, przyjęliśmy role, które dla nas naszykowano. - Starała się mówić jak najjaśniej, ale to wcale nie było takie proste, bo nie do końca kojarzyła, jakie ewentualnie magiczne procesy mogły tam zajść.
- Przenieśliśmy się na przyjęcie zaręczynowe, które zakończyło się rodzinnym dramatem, ktoś kogoś zabił, później ja strzeliłam do Ambroise'a z kuszy, po bełcie ma ślad do dzisiaj. - No i do dzisiaj naśmiewał się z niej, że chujowo strzela z kuszy i lepiej, aby w jej towarzystwie nie brała żadnej do ręki.
- Duch? - W sumie zapytała pytanie sama sobie. - Tak, to chyba był duch, jakaś postać mi podziękowała za to, że uratowałam jej narzeczonego, który za każdym razem, gdy rozgrywała się ta historia umierał, więc to chyba był koniec. - Nie miała jednak co do tego pewności, bo nie do końca znała się na takich bytach.