To był wyczerpujący dzień, ale dobiegał końca, tak właściwie to chyba nie mieli powodów do narzekania. Wieczór mijał bez żadnych większych incydentów. Być może ktoś wypił za dużo, ktoś zasnął pod stołem, jednak te drobne kryzysy zostawały bardzo szybko opanowywane dzięki członkom ich rodzin.
Nie miała pojęcia, która dokładnie była godzina, straciła rachubę czasu, wiedziała tylko tyle, że na pewno było już po północy, no i że jeszcze nie było ranka, bo słońce nie zdążyło pojawić się na horyzoncie, na niebie nadal można było zobaczyć przepiękny księżyc, w całej swej krasie, w końcu była pełnia. Rozświetlał okolicę swoim blaskiem.
Był to moment, w którym mogła zamienić kilka słów z bliższymi i dalszymi znajomymi, czy przyjaciółmi. Spora część towarzystwa trafiła już do namiotów, ci dzielniejsi jeszcze walczyli z trunkami Gerarda jak i z samym ojcem Geraldine, który nie zamierzał szybko kończyć tego wesela. Oczywiście nikt nie śmiał mu w tym przeszkadzać, wiadomo, że takie okazje jak wesele córki trafiają się raz w życiu. Nie daj Merlinie, aby nie zostały odpowiednio oblane.
Jennifer pojawiła się zupełnie znienacka, przeszkadzając im w rozmowie. Pierwsze co przyszło na myśl Ger to było, że wujek pewnie gdzieś śpi pod stołem, podzieliła się z tą myślą nawet z matką, tyle, że ta była na tyle zapobiegliwa, że zdążyła już to sprawdzić - nie było go tam.
Uspokoiła rodzicielkę, która najwyraźniej mocno obawiała się tego, że Yaskhier po alkoholu miał jakieś ciągoty do poszukiwania złotych smoków, co najgorsze po sąsiedzku znajdował się rezerwat smoków, lepiej, aby wuj nie niepokoił sąsiadów. Zresztą, Geraldine założyłaby się jednak, że w stanie upojenia alkoholowego w jakim się znajdował raczej nie byłby w stanie oddalić się za bardzo. Wypadało jednak sprawdzić, czy z wujaszkiem jest wszystko w porządku.
- Ja? Nie mogę? Porządnie tropić? - Spojrzała na koleżankę mrużąc oczy. Och, suknia w niczym jej przecież nie przeszkadzała, nie odbierała jej umiejętności. - A Ty niby możesz w tej swojej sukni? - Odbiła piłeczkę, bo przecież Brenna również była wystrojona.
Zapewne zwróciły uwagę osób, które siedziały obok, zresztą sama Ger rozejrzała się wokół, żeby zobaczyć, kto mógłby im towarzyszyć w tych poszukiwaniach, niby znała każdy korzeń, każdy kamień w okolicy, ale było ciemno, była pełnia, to mogło powodować pełne komplikacje... no, a one były wstrojone w sukienki.
Odwróciła się do mężczyzn, którzy siedzieli tuż obok, byli zajęci rozmową, ale nie sądziła, że zirytują się o to, że im przeszkodziła. - Chłopaki, wujka poniosło, trzeba go znaleźć. - Pewnie też przynieść, więc wsparcie mogło się przydać.
- Nie pozwoliłby na to, żeby ten kapelusz spadł mu z głowy... - Skomentowała jeszcze, bo pamiętała, że Yaskhier opowiadał jej o tym, że przywiózł to cudo z jednej z wypraw, w jakimś tysiąc dziewięcset trzydziestym roku, wyciągał go tylko na specjalne okazje.