28.10.2025, 21:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2025, 20:28 przez Samuel McGonagall.)
Samuel wbrew pozorom wyglądał lepiej. Nie był to szczyt jego dobrego wyglądania, choć tu też pytaniem pozostawało co wedługo obserwatora znaczyło dobrze.
Według Samuela, Sam wyglądał najlepiej kiedy widma nie kręciły się po Kniei a on wraz z Białką, Miłką i Corgie wiedli sobie spokojny żywot pośród drzew, odwiedzani od czasu do czasu przez kogoś. To był cudowny i beztroski czas, który przepadł bezpowrotnie.
Według najprawdopodobniej Brenny, Samuel rozkwitnął pod koniec sierpnia, gdy zamieszkał w ogrodach warowni i zaczął na murach posiadłości budować swój warsztat pod rozległym kasztanem. Zaangażowany, skupiony, wczepiony mocno w społecznośc Doliny.
Pożar skutecznie przekreślił tę ścieżkę i przez moment, przez krótką chwilę zawahania mogło się okazać, że Sam postanowi zrobić coś bardzo, bardzo głupiego. I nie wiadomo czy to finalnie Mabel, może Niko, czy może poczucie obowiązku wobec ludzi których znał, a którzy teraz tak szalenie potrzebowali jego pomocy... jego umiejętności.
Nie umiał odmówić.
Nie chciał odmówić.
Ucieczka w pracę była najlepszym lekarstwem.
Więc wyglądał dobrze, zwłaszcza w porównaniu z poprzednim spotkaniem. Znów zarośnięty i rozczochrany, znów w zszarzałej pomiętej koszuli w kratę. Naprężone mięsnie i kasztanowa różdżka w dłoni. Był zmęczony. Spracowany. Spokojny.
Klątwa nie dręczyła go ostatnio. Nie miała powodu, gdy całe życie ograniczyło się do hebla i dłuta.
- Jadłem. Nikolai nie pozwala mi wyjść bez owsianki z domu nie martw się. - Uśmiechnął się lekko do Bee, która zawsze otaczała go opieką. To było miłe.
- Nie martw się, nie po takich ruinach już chodziłem, ni jak się to ma do powykręcanych zagajników w Kniei. Kiedyś Cię tam zabiorę, pokażesz mi czy wciąż umiesz skakać po gałęziach. - obiecał, sprawnie wskakując do góry. Nie miał jeansów, one ograniczałyby ruch. Płócienne spodnie były przedarte w paru miejscach ale nie dbał o to. Nie miał czasu.
Sam zaczął spacerować po ścianach i resztkach więźby, która ocalała pożar. Kalkulował już wcześniej te robote, liczył, mierzył. Przed Warownią leżał transport przygotowanych desek. Dobrze, że Longbottomowie mieli pieniądze i wpływy. Drewna było coraz mniej...
- Myślałem o Twoim stole. Żeby był piękny. Pan Olivander uczył mnie trochę o rzeźbieniu, wiesz, że sam robię figurki czasem, ale to trochę inna robota. Powiedz... zależy Ci bardziej na czasie, czy na detalu? Bo nie wiem. Sam stół to nie jest aż taki problem. Ale wiesz... pomyślałem o liściach. Jak ostatnio robiłem na te... na tańce. - pokrzykiwał do niej z góry, z kieszeni spodni zaś wyciągnął notes i zaczął czynić notatki. Teoretycznie stół robiło się trudniej niż dach, ale Samuelowi zależało, żeby wszystko było dobrze zrobione. W końcu chodziło o dom jego przyjaciółki.
Według Samuela, Sam wyglądał najlepiej kiedy widma nie kręciły się po Kniei a on wraz z Białką, Miłką i Corgie wiedli sobie spokojny żywot pośród drzew, odwiedzani od czasu do czasu przez kogoś. To był cudowny i beztroski czas, który przepadł bezpowrotnie.
Według najprawdopodobniej Brenny, Samuel rozkwitnął pod koniec sierpnia, gdy zamieszkał w ogrodach warowni i zaczął na murach posiadłości budować swój warsztat pod rozległym kasztanem. Zaangażowany, skupiony, wczepiony mocno w społecznośc Doliny.
Pożar skutecznie przekreślił tę ścieżkę i przez moment, przez krótką chwilę zawahania mogło się okazać, że Sam postanowi zrobić coś bardzo, bardzo głupiego. I nie wiadomo czy to finalnie Mabel, może Niko, czy może poczucie obowiązku wobec ludzi których znał, a którzy teraz tak szalenie potrzebowali jego pomocy... jego umiejętności.
Nie umiał odmówić.
Nie chciał odmówić.
Ucieczka w pracę była najlepszym lekarstwem.
Więc wyglądał dobrze, zwłaszcza w porównaniu z poprzednim spotkaniem. Znów zarośnięty i rozczochrany, znów w zszarzałej pomiętej koszuli w kratę. Naprężone mięsnie i kasztanowa różdżka w dłoni. Był zmęczony. Spracowany. Spokojny.
Klątwa nie dręczyła go ostatnio. Nie miała powodu, gdy całe życie ograniczyło się do hebla i dłuta.
- Jadłem. Nikolai nie pozwala mi wyjść bez owsianki z domu nie martw się. - Uśmiechnął się lekko do Bee, która zawsze otaczała go opieką. To było miłe.
- Nie martw się, nie po takich ruinach już chodziłem, ni jak się to ma do powykręcanych zagajników w Kniei. Kiedyś Cię tam zabiorę, pokażesz mi czy wciąż umiesz skakać po gałęziach. - obiecał, sprawnie wskakując do góry. Nie miał jeansów, one ograniczałyby ruch. Płócienne spodnie były przedarte w paru miejscach ale nie dbał o to. Nie miał czasu.
Sam zaczął spacerować po ścianach i resztkach więźby, która ocalała pożar. Kalkulował już wcześniej te robote, liczył, mierzył. Przed Warownią leżał transport przygotowanych desek. Dobrze, że Longbottomowie mieli pieniądze i wpływy. Drewna było coraz mniej...
- Myślałem o Twoim stole. Żeby był piękny. Pan Olivander uczył mnie trochę o rzeźbieniu, wiesz, że sam robię figurki czasem, ale to trochę inna robota. Powiedz... zależy Ci bardziej na czasie, czy na detalu? Bo nie wiem. Sam stół to nie jest aż taki problem. Ale wiesz... pomyślałem o liściach. Jak ostatnio robiłem na te... na tańce. - pokrzykiwał do niej z góry, z kieszeni spodni zaś wyciągnął notes i zaczął czynić notatki. Teoretycznie stół robiło się trudniej niż dach, ale Samuelowi zależało, żeby wszystko było dobrze zrobione. W końcu chodziło o dom jego przyjaciółki.