Nawet jakby bardzo się starała, to nie była w stanie przewidzieć każdej ewentualności, zresztą trochę przywykła już do tego, że w przypadku rodziny, którą stworzyła z Gerardem powinni zakładać wszystko, każdą, najbardziej absurdalną sytuację. Nie spodziewali się przecież tego, że ich najmłodszy syn zostanie wampirem, niby wiedzieli, że w tym fachu istnieje podobne ryzyko, ale jednak to nie było wcale takie oczywiste. Przez wiele lat nikt z ich rodziny nie przeżył czegoś podobnego, a teraz musieli sobie jakoś z tym poradzić, nie tak łatwo było zapanować nad młodym wampirem... do tego dochodziła córka, która zawsze podążała swoją własną ścieżką i najstarszy syn, który chyba zapomniał skąd pochodzi - tak dawno nie pojawił się w rodzinnych stronach. Niełatwe było bycie rodzicem, chciało się tego, aby dzieciom wiodło się jak najlepiej, nie mając na to praktycznie żadnego wpływu, gdy już opuszczały rodzinne gniazdo.
- Kiedy ma się karty w ręce to warto z nich korzystać. - Zwłaszcza, że nie trwało to wiecznie. Istotne było ugranie jak najwięcej na tym, co aktualnie dawało możliwości. Tak, pamiętała, że i ona kiedyś to robiła, szkoda tylko, że zdążyła już skorzystać ze wszystkich swoich kart, teraz rozdawał je kto inny. Tak właściwie chyba powinna przywyknąć już do tego, że jej możliwości stawały się coraz bardziej ograniczone, chociaż nie tak łatwo było się z tym pogodzić.
- Oby ten sztorm nie zasiał zbyt wielkiego zniszczenia. - Nie chciała być pesymistką, jednak wychodziła z założenia, że lepiej jest się przygotować na najgorsze, zamiast zakładać najbardziej delikatne rozwiązanie sprawy.
- Razem są silni. - Dodała jeszcze cicho, aby nie wyjść na zupełną pesymistkę, zawsze to było jakieś światełko w tunelu, prawda? Być może dzięki temu przetrwają wszystko nie odnosząc przy tym większych szkód, naprawdę życzyła swoim dzieciom jak najlepiej, tyle, że nie mogła wyzbyć się obaw o ich przyszłość. Taka już rola matki.
- Jeśli będzie za bardzo przytłaczająca, to zawsze mają nas. - Mogli przyjść po wsparcie, nie był to moment, w którym sama zamierzała narzucać swoje podejście, ale zamierzała być oparciem, jeśli tylko tego będą potrzebować, wydawało jej się to najlepszym z możliwych rozwiązań.
Powoli przemierzały okolicę, aby znaleźć się w końcu w miejscu, w którym znajdować się miała dziczyzna upolowana przez jej męża, wiedziała, że skrzaty w nocy walczyły z tym, aby wszystko doprowadzić do względnego porządku, nie miała pojęcia jednak, jaki był efekt końcowy. Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że na pierwszy rzut oka nie widać żadnej głowy dzika na stole. - Chyba nie jest tak źle. - Powiedziała cicho do Ursuli, kiedy skontrolowała otoczenie wzrokiem.