- Byłbyś ich drogowskazem, przemyśl to. - Mrugnęła jeszcze do niego porozumiewawczo. Całkiem lekko przyszła im zmiana tematu, rozmowy o niczym istotnym nie niosły ze sobą żadnego dodatkowego ciężaru, pozwalały całkiem skutecznie wejść na neutralny grunt, a w tej chwili to było im chyba potrzebne. W końcu znaleźli się tutaj, aby dobrze się bawić, a nie zaczynać się martwić tym, co i tak miało się wydarzyć. Na to jeszcze przyjdzie pora.
- Widziałam, co potrafisz. - Dodała jeszcze, w końcu była świadkiem tego, jak kiedyś, w zamierzchłych czasach umiał zaczarować otoczenie, to nie były słowa rzucane na wiatr. Oczywiście, że to zauważała, chociaż była wyjątkowo oporna na jego zdolności oratorskie. Skupiała się w jego przypadku raczej na tym, co jej przeszkadzało, co ją wkurzało, nie oznaczało to jednak, że nie widziała, co potrafił. Inaczej przecież większość dzieciaków nie tańczyłaby, jak im zagrał.
Aktualnie jednak nie musiała już ukrywać tych myśli, które zawsze gdzieś tam istniały, w przeszłości nigdy nie wspomniałaby mu o tym, że zauważa w nim jakikolwiek potencjał, czy docenia jego umiejętności, wręcz przeciwnie - nawet jeśli widziała, że w czymś jest dobry to raczej zmierzała ku temu by udowodnić mu, że nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Czerpali przyjemność z dopiekania sobie nawzajem, często przekraczali granice dobrego smaku. Rookwood był takim jedynym przypadkiem, nawet jego najbliżsi, szkolni koledzy, którzy również nieco ją irytowali nie doprowadzali jej do aż takiej furii.
Zrozumienie przyszło łatwo, wystarczyły inne okoliczności, aby nieco zmieniła punkt widzenia. Zresztą dawno już przestała walczyć dla idei samej walki, która nie niosła za sobą niczego dobrego, bo przecież to nie miało żadnego sensu, nawet najmniejszego. Lepiej było szukać wspólnego gruntu, nici porozumienia, okazało się to też dużo łatwiejsze, przynajmniej jeśli chodziło o niego.
- To nic nadzwyczajnego, myślę, że sporo osób tak potrafi. - Słowa mogły zostać odebrane wielorako. Warto było się na nich skupiać, odwracać je, Prue lubiła tym nieco żonglować. To zachęcało do myślenia, analizy, a jak wiadomo było to jednym z jej ulubionych zajęć, więc chętnie sprawiała, aby inni również się tym zajmowali.
- To całkiem zabawne, zważając na to, że wydajesz się kontrolować wszystko wokół siebie. - Dodała uśmiechając się przy tym delikatnie. Nie pozwalał przecież za bardzo interweniować w sprawy, które go dotyczyły. Radził sobie ze wszystkim sam, co było całkiem logiczne zważając na to, jaki styl życia prowadził. Najwyraźniej jednak zdarzały się sytuacje, w których wydawało się to być zbędne. Nie siliła się na dalszą analizę, na ten moment to wystarczyło.
Powrót do dawnych przyzwyczajeń był całkiem orzeźwiający, spowodował, że Prue stała się uważniejsza, bardziej czujna, bo jak zawsze - nie miała zamiaru łatwo odpuścić. Te potyczki, chociaż nigdy nie powiedziałaby tego na głos, od zawsze sprawiały jej dziwną satysfakcję. Dobrze było trafić na równego sobie przeciwnika i może nigdy nie usłyszała tego od niego, to wiedziała, że nikt tak mocno jak ona nie próbował z nim walczyć, co samo w sobie było dla niej sporym sukcesem, mimo, że nie zawsze niosło za sobą zwycięstwo.
Zdecydowanie łatwiej też było toczyć tę walkę ze świadomością, że jeśli się potknie, czy coś pójdzie nie po jej myśli nie zostanie zaatakowana kolejnymi jakże obraźliwymi epitetami. Sporo się zmieniło, ale nie wszystko. Nadal żadne z nich nie zamierzało odpuścić.
- Jesteś dzisiaj wyjątkowo wyrozumiały. - Nie spodziewała się tego, że tak łatwo pójdzie jej przekonanie go o tym, że pojawiły się czynniki, które wpłynęły na to, że starcie nie do końca było równe. Kiedyś by jej tego nie odpuścił, przeszłość jednak była już dawno za nimi, zasady gry mogły się zmienić, właściwie to dosyć mocno się zmieniły.
Prychnęła jeszcze cicho, gdy usłyszała jego kolejne słowa. - Byłabym rozczarowana, gdybyś ją dla mnie miał, przecież wiesz, że lubię równe starcia. - Bez żadnych forów, jeśli miała to wygrać, to tylko ze świadomością, że pokonała go, bo faktycznie na to zasługiwała. Nie widziała sensu w rywalizacji, jeśli któraś ze stron miała zamiar się podkładać, wygrana wtedy traciła swój smak.
- Dobrze jest to słyszeć, kto by się spodziewał, że kiedyś uznasz, że mogę się do Ciebie chociaż odrobinę zbliżyć. - Na pewno nie spodziewała się tego usłyszeć, chociaż już dawno temu wiedziała, że tak jest. Nie bez powodu to akurat z nim wchodziła w te słowne potyczki, zresztą od zawsze wzbudzał w niej wiele dziwnych emocji, niby irytacja przebijała się najbardziej, ale była podszyta czymś innym, co próbowała stłumić, teraz było zupełnie inaczej. Niczego nie tłumiła, przez co odczuwała wiele, może nawet zbyt wiele.
Bletchley przyglądała się zwierzęciu, które znajdowało się na drodze. Póki co borsuk nie zdecydował jeszcze, czy może im zaufać, nadal stał w miejscu, poruszał jedynie swoimi wibrysami. Widać było, że jest zagubiony, nie mogli go tak tutaj zostawić, co do tego miała pewność.
- Jeśli go dotkniemy, to jego borsucza rodzina nie będzie chciała go u siebie. - Powiedziała cicho, próbując znaleźć inne rozwiązanie. Oczywiście, że nie zamierzała go tutaj zostawić, takiego wystraszonego i samotnego. Nie mogła mu dać lizaka, borsuki nie jadły lizaków. Jej metoda na wszystko tym razem mogła nie zadziałać. Myśl, Prudence.
- Nie mogę go wziąć do domu, prawda? - Przeniosła wzrok na Bnjy'ego, który być może miał więcej rozsądku niż ona, bo Bletchley naprawdę była gotowa zabrać to zwierzę do siebie i się nim opiekować. Tyle, że nie słyszała o tym, żeby ktoś w swoim mieszkaniu hodował borsuka, to jedynie ją od tego powstrzymywało. Na pewno nie byłby szczęśliwy, nie bez powodu mieszkały one w lasach.
- Może... znajdźmy mu coś do jedzenia i odprowadźmy go do lasu? Bez dotykania, to znaczy jego nie powinniśmy dotykać. - Za dużo słów, za dużo myśli, Prue zaczynała się gubić.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control