29.10.2025, 20:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2025, 02:11 przez Alexander Mulciber.)
Percepcja (4k) na intencje Anthony'ego Shafiqa.
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Czas. Przenikliwe oczy Alexandra Mulcibera przesunęły się po twarzy Anthony'ego Shafiqa, na którego ramieniu wsparła się wracająca do domu Lorien Mulciber. Jak ktokolwiek mógłby wycenić czas, jaki im pozostał. Bez słowa wyszedł siostrze na spotkanie, bo przecież o to prosiła. Pojawił się na peryferiach jej spojrzenia niezauważenie, dokładnie w tym momencie, w którym podniosła głowę. Patrzył. Przywilejem jasnowidza było przecież patrzeć, i widzieć więcej niż widzieli inni. Widział ich zanim jeszcze nadeszli. Zanim przestąpili próg. Zanim przekroczyli bramę. A jednak ruszył się ze swojego miejsca dopiero po tym, jak dopalił papierosa. Zgnieciony niedopałek tlił się jeszcze w popielniczce na zawalonej książkami salonowej ławie. Przeszłość. Przyszłość. Teraźniejszość. Tylko prawa czasu obowiązywały jasnowidzów. W chwilach samotności, ulatujący dym był jedynym, co przypominało Alexandrowi o jego upływie. Ale odkąd zamieszkał z Lorien, rzadko bywał samotny. Często myślał natomiast o czasie.
Jak ktokolwiek mógłby wycenić czas, jaki im pozostał.
Anthony Shafiq wycenił go na więcej niż wart był pierścionek zaręczynowy, który chciał niegdyś włożyć na dłoń Lorien.
Na razie musiało to wystarczyć Alexandrowi, który ucałował i jedną, i drugą, podniósłszy je do ust na przywitanie.
Nie pokutował za to, co wydarzyło się w liminalnej przestrzeni łazienki Agnes Delacour. Nie musiał całować dłoni siostry, aby przypomnieć o obietnicach, jakie tam złożył. Gest był staroświecki, podobnie jak i wnętrze wiekowego domostwa, w którego fundamenty wbudowano spadły z nieba meteoryt. Była w nim czułość, ale i szacunek, mający głębię rytuału. W rytualny bowiem sposób powitano Anthony'ego Shafiqa w Mulciber Manor. Jak gdyby jego mieszkańcy przywiązywali wielką wagę do podniosłości właściwego przedstawienia. Wydawać być się mogło, że ton, w jakim zapoznała obojgu Lorien, jest przesadnie oficjalnym. Ale dla nich? Dla nich wszystko to było naturalnym. Wychowali się pośród tych murów, starych jak sam świat. Pośród martwych obyczajów, które kultywowali mimowolnie, utrzymując wyjątkowość czaru Mulciber Manor. Domostwa, które tkwiło zatrzymane w czasie i przestrzeni.
Oczywiście, że Alexander uścisnął Anthony'emu dłoń. Nawet powstrzymał się od odwrócenia jej, żeby podejrzeć linie, jakie nakreśliło na skórze przeznaczenie. Nie spuszczając nieruchomego wzroku z jego twarzy, patrzył mężczyźnie prosto w oczy. Zawsze prosto w oczy, nawet wtedy, gdy dłonie mogły powiedzieć Alexandrowi więcej, niż mówiły oczy. Nie należało bowiem patrzeć na dłonie: dłonie należało ściskać – mocno, ale nie za mocno – patrząc przy tym ludziom w oczy. Nie chciał być przecież postrzegany jako ktoś, kto nie potrafi wytrzymać ciężaru cudzego spojrzenia. Ojciec mawiał, że prawdziwego mężczyznę można poznać po samym tylko uścisku dłoni.
– Przyjaciele Lorien są moimi przyjaciółmi – odpowiedział prosto Alexander. – Goście pani na Mulciber Manor są moimi gośćmi. – Nawet jeżeli nie miał ochoty oglądać ich na oczy. Kurtuazyjnie skinął głową Anthony'emu, zanim odwrócił się, aby podążyć w stronę salonu. Nie spojrzał na wino. Butelkę przyjął usłużny lokaj, uprzedzając polecenie, które nigdy nie padło. Wiedział. Wszyscy przecież wiedzieli. Wystarczająco wiele okazji będzie miał Anthony Shafiq, żeby przypatrzeć się drżącym dłoniom pana na Mulciber Manor. Alexander nie zamierzał się przecież ze swą przypadłością kryć. Nie w rodzinnym domu, w którym czuł się swobodnym, co widać było zarówno w jego gestach, jak i w postawie ciała. Nawet ubrany był nieco swobodniej niż zwykle. Zdjął krawat, pozostając tylko w prostej koszuli i spodniach. Swobodnie wpakował ręce do kieszeni. Wciąż drżały, w przeciwieństwie do głosu Alexandra, który był cichy, lecz pewny.
– W roku 1898 wygłoszono wiele przepowiedni – zaczął monotonnym, zdawałoby się, lekko znudzonym tonem. Usiadł w swoim ulubionym fotelu, przy niskiej ławie, na której rozsypano drewniane paciorki opatrzone przedziwnymi symbolami. – Pomyślałem, że warto pochylić się nad jedną z nich. Może wyjątkowe talenta natury lingwistycznej rodu Shafiq mogłyby służyć tutaj pomocą.
Choć służba już dawno przygotowała miejsce na podwieczorek, nikt nie ośmielił się tknąć stosów pergaminów, które zalegały po jednej stronie długiego stołu w głębi przestronnego pomieszczenia. Wyraźnie nie sprzątnięto ich przez wzgląd na Alexandra. Nie wolno było ruszać jego dokumentów. Niektóre były zapisane równym, niemal kaligraficznym pismem, inne pełne były notatek robionych w pośpiechu, z wyblakłymi plamami po rozlanej kawie. Tu i ówdzie widniały symbole astrologiczne, matematyczne wykresy, zdawałoby się, przypadkowe zdania w różnych językach: łacinie, arabskim, francuskim...
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat