30.10.2025, 18:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2026, 18:10 przez Alexander Mulciber.)
– Nie mieszajmy ze sobą wiary i wiedzy – upomniał ją szorstko. – W dyskursie naszym należy rozdzielić te pojęcia. Wymiennie możesz je stosować manipulując intelektami niższymi od swojego. Wielu nie widzi bowiem różnicy. A jednak bardzo ważna jest precyzja języka, jakim się posługujesz przy podobnych rozważaniach. Tak też "zrozumienie" odróżnić należy od "akceptacji". Zrozumienie należy do kategorii epistemologicznej, mówi bowiem możliwości obiektywizacji, dotykając wiedzy. A akceptacja... Akceptacja wykracza poza zrozumienie. Nie musisz czegoś rozumieć, aby to akceptować, nie musisz o tym wiedzieć. Nie musisz nawet w to wierzyć. – Wzruszył ramionami, wciąż podążając przed siebie. Przyspieszył nieco kroku.
Jego matce nigdy nie było dane otrzymać wizji własnej śmierci, choć przepowiedziała śmierć tak wielu. Może dlatego tak żarliwie modliła się przed jej ołtarzem. Jej życie było wiecznym oczekiwaniem na śmierć, która nie chciała nadejść. Zmuszona patrzeć, jak umierają wszyscy wokół, pogrążała się więc coraz bardziej w swym szaleństwie. Lorien była jej przeciwieństwem. Urodziła się z terminem przydatności wdrukowanym w meandry żył. Każde urodziny były więc upiornym odliczaniem, każda przemiana w maledictusa przybliżeniem datę pogrzebu. "Przecież nie umierasz", rzucał więc chłodno, gdy mówiła mu o kwiatach, jakie wybrała na swój pogrzeb. A potem porywał ją ze sobą do kasyna, na przyjęcie, na zwykły spacer po wrzosowisku, żeby przypomnieć jej, że wciąż jeszcze żyje. Żeby przypomnieć, że oboje wciąż jeszcze żyją.
– Ale pomijając technikalia, zgadzam się, poniekąd. "Zaczynasz żyć naprawdę w momencie, w którym zaakceptujesz własną śmierć"... W moim przypadku akceptacja zawsze wynika ze zrozumienia. Nigdy na odwrót. A choć "wiem, że nic nie wiem" to też sposób na wyrażenie akceptacji... – rzucił żartobliwie Alexander, mrużąc nagle oczy, jak gdyby chciał się uśmiechnąć, ale zapomniał, że robi się to ustami. – ...Ja chciałbym wiedzieć, jak umrę. Nie po to, żeby zaakceptować śmierć, lecz żeby zaakceptować życie.
"Każdego szkoda", rzuciła sucho Scarlett, ale oparty o ścianę rodzinnej galerii Alexander nie podjął dyskusji. Nie zgadzał się z nią. Nie musiał się z nią zgadzać. Nie widział też powodu, dla którego Scarlett miałaby zgadzać się z nim. Wolał wręcz, żeby się z nim nie zgadzała. Żal odczuwał tak rzadko, że niemal wcale. Dziecko jakim była, powinno znać jednak wartość żalu. Wiedział, że to było zdrowym. To było ludzkim. Więc skinął po prostu głową, przytakując jej niemo, choć nie przestał przy tym przypatrywać się swoim butom.
"Wciąż uważam, że oczy masz po matce."
Alexander podniósł nagle głowę.
– Mylisz mnie z moim bratem – odpowiedział spokojnie, tonem, który sugerował jednak, że powinna porzucić podjęty temat na dobre. A potem odwrócił się do niej plecami, aby spojrzeć na portret ojca, a może na puste miejsce obok niego.
Nie chciał, żeby Scarlett zobaczyła na dnie jego oczu to, co zobaczyła tam Lorien tamtej nocy, kiedy cicho zamknął za nimi drzwi galerii, przekręcając mosiężny klucz w zamku.
Nie, pomyślał, mimowolnie prostując plecy, gdy spotkał się spojrzeniem z przebywającym w przestrzeni portretu Duncanem Mulciberem. Zdecydowanie miał oczy swego ojca.
– Wiem. – Jakże wiele kryło się w tym krótkim "wiem". Lata spędzone w podróży, na poszukiwaniu artefaktów, którymi handlowała firma ojca. Wiele zostało mu po nich historii. Prowadził wtedy własne badania naukowe, a praca była przyjemnym dystraktorem, wymówką, aby zabierać Ambrosię w coraz to nowe miejsca. Wtedy dopiero zaczynała interesować się egzorcyzmami, ale i speców od duchów zatrudniał Duncan Mulciber, skupiony na pogoni za magicznymi artefaktami: Alexander często z nimi współpracował, przypatrując się ich robocie. Przez lata wyrobił sobie określone poglądy na to, co stanowiło jej istotę. – Każdego szkoda – obrócił na języku słowa Scarlett. – Ale z dziećmi żal jest największy, prawda? Dorosłemu powiesz, że pozostać po śmierci na tej ziemi było w najlepszym przypadku grzechem, a w najgorszym tchórzostwem. Co powiesz dziecku, które po prostu chciało wrócić do mamy i do taty? Jakich argumentów użyjesz w obliczu tak wielkiego żalu? – Alexander pokręcił głową. – Dlatego życie po śmierci zawsze jest czymś niewłaściwym. Czymś nienaturalnym. Śmierć przynosi kres temu istnieniu, które dotychczas znaliśmy, ale inwokuje powstanie nowego. Wieczny pierdolony krąg życia. Ojcu rodzi się syn, umiera ojciec, ale zdąży potrzymać w ramionach syna swojego syna, który międzyczasie sam stał się ojcem. – Uśmiechnął się chłodno do ojca w ramach portretu, zanim odwrócił się, i na powrót oparł o ścianę, skupiając wzrok na Scarlett.
"Myślisz, że my również tu zostaniemy?"
– Nie. Nie jako duchy.
Jako portrety.
Ale tego nie zamierzał mówić na głos. Jeszcze nie był na to gotowy. Słowa te zawisły jednak między nimi, niewypowiedziane.
Alexander odpalił papierosa.
– Dlatego tak wiele mówię o konieczności posługiwania się językiem precyzyjnym. O wytyczaniu granic między pojęciami. Jeżeli chcesz obrać sobie drogę egzorcystki, jeżeli kształciłaś się już w tym kierunku... Wiesz, jakie to ciężkie. Zbyt łatwo można się w tym zatracić. Właściwy aparat pojęciowy przychodzi wówczas z pomocą. – Strzepnął popiół do popielniczki, która stała na niskim sekretarzyku, a potem...
Usiadł na podłodze.
– Czy to dlatego domorosła egzorcystka zamierza dzisiaj w nocy zaczytywać się w kodeksie prawa karnego? – zapytał jasnowidz, uśmiechnąwszy się lekko, wiedział bowiem, że zaskoczy ją swym niespodziewanym pytaniem. A to był przecież dopiero początek ich rozmowy...
Jego matce nigdy nie było dane otrzymać wizji własnej śmierci, choć przepowiedziała śmierć tak wielu. Może dlatego tak żarliwie modliła się przed jej ołtarzem. Jej życie było wiecznym oczekiwaniem na śmierć, która nie chciała nadejść. Zmuszona patrzeć, jak umierają wszyscy wokół, pogrążała się więc coraz bardziej w swym szaleństwie. Lorien była jej przeciwieństwem. Urodziła się z terminem przydatności wdrukowanym w meandry żył. Każde urodziny były więc upiornym odliczaniem, każda przemiana w maledictusa przybliżeniem datę pogrzebu. "Przecież nie umierasz", rzucał więc chłodno, gdy mówiła mu o kwiatach, jakie wybrała na swój pogrzeb. A potem porywał ją ze sobą do kasyna, na przyjęcie, na zwykły spacer po wrzosowisku, żeby przypomnieć jej, że wciąż jeszcze żyje. Żeby przypomnieć, że oboje wciąż jeszcze żyją.
– Ale pomijając technikalia, zgadzam się, poniekąd. "Zaczynasz żyć naprawdę w momencie, w którym zaakceptujesz własną śmierć"... W moim przypadku akceptacja zawsze wynika ze zrozumienia. Nigdy na odwrót. A choć "wiem, że nic nie wiem" to też sposób na wyrażenie akceptacji... – rzucił żartobliwie Alexander, mrużąc nagle oczy, jak gdyby chciał się uśmiechnąć, ale zapomniał, że robi się to ustami. – ...Ja chciałbym wiedzieć, jak umrę. Nie po to, żeby zaakceptować śmierć, lecz żeby zaakceptować życie.
"Każdego szkoda", rzuciła sucho Scarlett, ale oparty o ścianę rodzinnej galerii Alexander nie podjął dyskusji. Nie zgadzał się z nią. Nie musiał się z nią zgadzać. Nie widział też powodu, dla którego Scarlett miałaby zgadzać się z nim. Wolał wręcz, żeby się z nim nie zgadzała. Żal odczuwał tak rzadko, że niemal wcale. Dziecko jakim była, powinno znać jednak wartość żalu. Wiedział, że to było zdrowym. To było ludzkim. Więc skinął po prostu głową, przytakując jej niemo, choć nie przestał przy tym przypatrywać się swoim butom.
"Wciąż uważam, że oczy masz po matce."
Alexander podniósł nagle głowę.
– Mylisz mnie z moim bratem – odpowiedział spokojnie, tonem, który sugerował jednak, że powinna porzucić podjęty temat na dobre. A potem odwrócił się do niej plecami, aby spojrzeć na portret ojca, a może na puste miejsce obok niego.
Nie chciał, żeby Scarlett zobaczyła na dnie jego oczu to, co zobaczyła tam Lorien tamtej nocy, kiedy cicho zamknął za nimi drzwi galerii, przekręcając mosiężny klucz w zamku.
Nie, pomyślał, mimowolnie prostując plecy, gdy spotkał się spojrzeniem z przebywającym w przestrzeni portretu Duncanem Mulciberem. Zdecydowanie miał oczy swego ojca.
– Wiem. – Jakże wiele kryło się w tym krótkim "wiem". Lata spędzone w podróży, na poszukiwaniu artefaktów, którymi handlowała firma ojca. Wiele zostało mu po nich historii. Prowadził wtedy własne badania naukowe, a praca była przyjemnym dystraktorem, wymówką, aby zabierać Ambrosię w coraz to nowe miejsca. Wtedy dopiero zaczynała interesować się egzorcyzmami, ale i speców od duchów zatrudniał Duncan Mulciber, skupiony na pogoni za magicznymi artefaktami: Alexander często z nimi współpracował, przypatrując się ich robocie. Przez lata wyrobił sobie określone poglądy na to, co stanowiło jej istotę. – Każdego szkoda – obrócił na języku słowa Scarlett. – Ale z dziećmi żal jest największy, prawda? Dorosłemu powiesz, że pozostać po śmierci na tej ziemi było w najlepszym przypadku grzechem, a w najgorszym tchórzostwem. Co powiesz dziecku, które po prostu chciało wrócić do mamy i do taty? Jakich argumentów użyjesz w obliczu tak wielkiego żalu? – Alexander pokręcił głową. – Dlatego życie po śmierci zawsze jest czymś niewłaściwym. Czymś nienaturalnym. Śmierć przynosi kres temu istnieniu, które dotychczas znaliśmy, ale inwokuje powstanie nowego. Wieczny pierdolony krąg życia. Ojcu rodzi się syn, umiera ojciec, ale zdąży potrzymać w ramionach syna swojego syna, który międzyczasie sam stał się ojcem. – Uśmiechnął się chłodno do ojca w ramach portretu, zanim odwrócił się, i na powrót oparł o ścianę, skupiając wzrok na Scarlett.
"Myślisz, że my również tu zostaniemy?"
– Nie. Nie jako duchy.
Jako portrety.
Ale tego nie zamierzał mówić na głos. Jeszcze nie był na to gotowy. Słowa te zawisły jednak między nimi, niewypowiedziane.
Alexander odpalił papierosa.
– Dlatego tak wiele mówię o konieczności posługiwania się językiem precyzyjnym. O wytyczaniu granic między pojęciami. Jeżeli chcesz obrać sobie drogę egzorcystki, jeżeli kształciłaś się już w tym kierunku... Wiesz, jakie to ciężkie. Zbyt łatwo można się w tym zatracić. Właściwy aparat pojęciowy przychodzi wówczas z pomocą. – Strzepnął popiół do popielniczki, która stała na niskim sekretarzyku, a potem...
Usiadł na podłodze.
Percepcja, na zajrzenie w przyszłość Scarlett.
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
– Czy to dlatego domorosła egzorcystka zamierza dzisiaj w nocy zaczytywać się w kodeksie prawa karnego? – zapytał jasnowidz, uśmiechnąwszy się lekko, wiedział bowiem, że zaskoczy ją swym niespodziewanym pytaniem. A to był przecież dopiero początek ich rozmowy...
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat