Nieobecność matki powinna go uspokajać. Kiedy traciła ostrość, kiedy srebrzyste oczy matowiały i przestawały śledzić jego ruchy, wiedział, że rozmawia z nią, nie z nim. Powinno to wystarczyć. A jednak ta cisza zawsze pachniała napięciem. Miała w sobie coś z momentu przed burzą, z chwili, w której wiatr jeszcze stoi w miejscu, ale w powietrzu czuć już ładunek, niewidzialny i gotowy do wyładowania. Czasem czuł to niemal fizycznie w karku, w dłoniach, w przyspieszonym rytmie serca. Jakby to puste naczynie, którym teraz była, miało za chwilę znów się wypełnić czymś, co nie zna czułości. Kiedy uniosła różdżkę, jego ciało zareagowało szybciej niż myśl. Zrobił pół kroku w tył, gotów na ból, na szept, na wyrok. Ale tym razem nie przyszło nic. Powietrze przeciął miękki świst, a potem zawisło przed nim światło, drżące, łukowate, rozlewające się w eterycznym błękicie. Znak. Runiczny symbol. Doskonały w swojej prostocie, niepokojący w harmonii.
Savaš nie potrafił oderwać wzroku. Piękno zawsze przychodziło tu z bólem. Czuł, że nie powinien na to patrzeć, że to nie jest dla jego oczu ale jego ciekawość była starsza od rozsądku. Runy były częścią jego życia tak długo, że ich język wplótł się w jego krew. W każdej linii widział sens, intencję, obietnicę magii, której nigdy do końca nie rozumiał. Ale ten znak był inny. Patrzył na niego zbyt długo, aż zaczął mieć wrażenie, że to nie on go odczytuje, lecz że symbol bada jego, śledzi drżenie jego źrenic, puls pod skórą, myśl, którą próbował od siebie odepchnąć. Sięgnął po pergamin. Dłoń drżała. Otworzył kałamarz, zanurzył pióro, odruchowo strzepnął nadmiar atramentu. Linia po linii odwzorowywał symbol z pamięci, każdą krzywiznę, każde przecięcie, każdą asymetrię, która była tylko pozorna. Czuł, jak napięcie przenosi się na ruch jego dłoni, mięśnie bolały, jakby ten prosty gest był wysiłkiem większym niż powinien. Kiedy skończył, odsunął się o krok. Atrament połyskiwał matowo, a znak, zamiast gasnąć, zdawał się tlić pod powierzchnią pergaminu. Przetarł oczy, ale to nie pomogło.
Przeszedł między półkami. Cień palił się jeszcze w jego oczach. Przesuwał palcami po grzbietach ksiąg, po popiołowych smugach, po śladach dawnych tytułów, które pożar starł z okładek. Niektóre tomy pachniały dymem, inne starym woskiem i wilgocią. Znał ten zapach, mieszaninę przetrwania i straty. Każda książka była jak człowiek, który wyszedł z pożaru, ale nie wrócił już taki sam. Szukał w nich czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mu powiedzieć, do kogo należał ten symbol. Runa więzi? Pieczęć ochronna? Znak wywołania? Żadne słowo nie pasowało. Wszystko wydawało się zbyt płaskie, zbyt proste. Zatrzymał się dopiero, gdy usłyszał jej głos. Cichy, pusty, jakby mówiony przez kogoś, kto cytuje zapamiętane zdanie. "Bo kocha swoje dzieci i ich dzieci, jeśli tylko te są warte kochania." Słowa wbiły się w niego głębiej, niż się spodziewał. Miłość wypowiedziana tym tonem brzmiała jak szyderstwo. Poczuł, jak gardło ściska mu suchość, a powietrze staje się zbyt ciężkie, by je połknąć. - A ja, matko…? - wyszeptał. - Czy ja jestem warty? Nie wiedział, czy liczył na odpowiedź. Czuł tylko to samo ukłucie, które wracało zawsze, gdy próbował przypomnieć sobie tamten moment, jej twarz, jej decyzję. Strach i tęsknota mieszały się w nim jak dwie trucizny, które razem nie zabijają, ale nie pozwalają oddychać. Odwrócił się do stołu. Pergamin leżał tam, gdzie go zostawił, czarny, ciężki od atramentu. Obok niego coś innego, księga, której nie pamiętał, by ją brał. Skórzana, ciemna, tłoczona w prosty, niemagiczny sposób.
Zamarł.Lemegeton. Mniejszy Klucz Salomona. Krew odpłynęła mu z twarzy. Wiedział, co to znaczy. Mugolska księga. Zakazana. Obca. Jak znalazła się w jego dłoniach? Nie wiedział. Czy w swoim żalu i żałości bezwładnie wracał do tego co choć trochę dawało uspokojenie? Podążanie za nieprzeniknionym, tym co za pozornie zakazane, pozyskiwanie nowej wiedzy? Nie wiedział. Ale wiedział, co stanie się, jeśli ona ją zobaczy. Ręka drgnęła. Zbyt gwałtownie. Kałamarz uderzył o stół, atrament rozlał się szeroką smugą, wsiąkając w pergamin. Znak rozpłynął się, jakby pił czerń, zamiast w niej ginąć. Odruchowo cofnął się, potknął o skrzynkę z narzędziami, aż metaliczny dźwięk przełamał ciszę. - Cholera… - wymknęło mu się przez zęby. Patrzył na księgę, na pergamin, na własne dłonie pokryte plamami atramentu. Każdy z tych śladów był winą. Wiedział, że wystarczy jeden jej ruch, jedno spojrzenie, by znów zobaczyć ten chłód, który wypełnia ją od środka. I wtedy zrozumiał, że boi się nie tego, że go zniszczy. Boi się, że znów spojrzy na niego tak, jak wtedy, gdy pierwszy raz uznała, że już nie jest jej dzieckiem.